W pijaną noc, pijani My

ręka za rękę będziemy szli.

Login:
Hasło:
Zarejestruj się!

JESTEŚ DLA MNIE SPEŁNIAJĄCYM SIĘ MARZENIEM - 20


(Rozdział +18. Czytasz na własną odpowiedzialność!)


- Taka niewinna, taka bezbronna... jak ten aniołek - usłyszałam niski, dziwnie znajomy głos, który wywołał u mnie ciarki na całym ciele. Przełknęłam głośno ślinę po czym powoli odwróciłam się przodem do jego właściciela.


Przed oczami wyrosła mi postać chłopaka niewiele starszego ode mnie o niemalże czarnych oczach, które przyprawiały mnie o zawroty głowy, śniadej cerze i równie czarnych, krótko przystrzyżonych włosach ułożonych w artystyczny nieład. W głowie pojawił mi się obraz Iana... Przez ciało przeszło tysiące nieprzyjemnych dreszczy na samo wspomnienie. Wzdrygnęłam się. Peter w końcu był tak cholernie do niego podobny.
Jak oparzona podniosłam się z miejsca, które jeszcze przed momentem zajmowałam. Byłam pewna, że już nie muszę się bać, że złe czasy przeminęły i nigdy nie powrócą. Myliłam się.

- Czego jeszcze ode mnie chcesz?! - wrzasnęłam przerażona zwracając uwagę przypadkowych przechodniów. Nikt nie zapytał czy wszystko w porządku, czy czasem nie potrzebuję pomocy.

Zaczęłam się cofać nie patrząc za siebie przez co weszłam w drzewo. Poczułam przeszywający ból w okolicy lewej łopatki. Syknęłam zaciskając dłonie w pięści. Nie spuszczałam wzroku z Petera, który ze zmrużonymi oczami coraz bardziej się do mnie zbliżał.

- Zabiłaś Iana, zniszczyłaś nam interes, wsadziłaś mnie za kratki i ty jeszcze pytasz czego od ciebie chcę? - zaśmiał się kpiąco. Moje ciało zadrżało na sam dotyk opuszka jego wskazującego palca, który dotknął mojej szyi, zatrzymując się na dekolcie. Sparaliżowało mnie. Nie miałam sił ani krzty odwagi, by strącić jego rękę.

- Zostaw ją! - usłyszałam najcudowniejszy głos, który należał do rozwścieczonego Justina. Zdecydowanie mogłam porównać go do któregokolwiek z superbohaterów.

Chłopak bez wahania rzucił się na Petera. Obydwaj wylądowali na trawniku. Zagryzłam wargę nie wiedząc w pierwszej chwili co robić. Nie próbowałam nawet odciągnąć ich do siebie, bo wiedziałam, że i tak nic w tej sytuacji nie wskóram, ale to nie oznaczało, że stałam bezczynnie. Czym prędzej wybrałam numer policji, opowiadając co się stało i w jakie miejsce mają podesłać patrol.

- Justin! - pisnęłam przerażona, kiedy Peter wymierzył celny cios prosto w jego nos, z którego momentalnie pociekła strużka krwi. Odruchowo zasłoniłam usta dłońmi. W oczach zebrały się łzy. On znowu cierpi. Znowu przeze mnie.

Błagalnym wzrokiem obdarzyłam grupkę ludzi, którzy zebrali się aby obserwować bójkę. Żaden nie zareagował. Wręcz przeciwnie - wyjęli telefony aby upamiętnić te zajście. W końcu nie codziennie można być świadkiem sytuacji, w której sam Justin Bieber tarza się po trawniku z jakimś chłopakiem okładając go pięściami gdzie tylko popadnie.
Widząc jak mój książę siedzi okrakiem na półprzytomnym chłopaku i wymierza w jego twarz serię siarczystych ciosów opamiętałam się i podbiegłam do nich. Nie chciałam aby Justin miał przeze mnie jakiekolwiek kłopoty. Nawet najmniejsze. Chwyciłam za jego ramiona i pewnym ruchem pociągnęłam w tył próbując go tak odciągnąć. Na marne. Brązowooki wyszarpał się z moich objęć i kontynuował poprzednią czynność pomimo moich próśb. Był jak w jakimś cholernym transie.

- Justin do cholery, wystarczy już! - upadłam na kolana tuż obok niego. Z moich oczu nieustannie wylewały się łzy. Widok zmasakrowanej, całej we krwi twarzy Petera przyprawiała mnie o mdłości. - Spójrz na mnie! - krzyknęłam roztrzęsiona. Chłopak posłuchał. Nasze spojrzenia się spotkały, ale nie na długo.

Silne ramiona jednego z dwójki policjantów oplotły ciało Justina sprawiając, że podniósł się na równe nogi.
Tak bardzo się bałam.

- Nic pani nie jest? - poczułam na swoim ramieniu szorstką dłoń drugiego funkcjonariusza. Nie byłam nawet w stanie udzielić mu jakiejkolwiek odpowiedzi. Pomógł mi wstać i odprowadził na bezpieczną odległość. - To pani nas wezwała? - zapytał lustrując mnie wzrokiem. Pokiwałam delikatnie głową szukając wzrokiem Justina. Nigdzie nie mogłam go dostrzec. Potrzebowałam go teraz. Tylko on w był w stanie przywrócić mnie do normalnego stanu.

Z szoku w jakim byłam wyrwała mnie syrena pogotowia, które podjechało po nadal bezwładnie leżącego na trawniku Petera. Przełknęłam głośno ślinę na sam widok sanitariuszy, którzy delikatnie usadawiali go na noszach.
Odwróciłam wzrok w przeciwnym kierunku do samej karetki. Przed oczami ukazał mi się Justin siedzący w radiowozie. Przeraziłam się. Podbiegłam do samochodu z zamiarem otworzenia tych pieprzonych drzwi, które odgradzały mnie od niego, które odgradzały mnie od chłopaka, który jest dla mnie niezbędnym do życia tlenem. Przeszkodził mi w tym policjant, chwytając w pasie. Przez chwilę unosiłam się w powietrzu. Odstawił mnie na ziemię jakiś metr od chłopaka, który nie spuszczał ze mnie swojego wzroku. Jego twarz nie wyrażała niczego. Jakby pozbawiono go emocji i uczuć, jakby pozbawiono go duszy, a pozostawiono jedynie ciało. Do moich oczu ponownie napłynęły łzy.

- To jakaś cholerna pomyłka! - wrzasnęłam roztrzęsiona. - Dlaczego zakuliście go w kajdanki?! - nadal krzyczałam, ale mój głos zaczął w pewnym momencie się łamać. - On tylko próbował mi pomóc - wyszlochałam zakrywając twarz dłońmi z bezsilności.

- Zapraszam za mną - poczułam uścisk na moim lewym łokciu. Ktoś prowadził mnie do karetki. Zdezorientowana odwróciłam się aby zobaczyć kto tak kurczowo trzyma moją rękę, sprawiając mi tym ból. Okazało się, że prowadzi mnie jeden z sanitariuszy. - Podamy pani coś na uspokojenie i poczuje się pani lepiej - uśmiechnął się zachęcająco. Wyszarpałam się z jego uścisku i cofnęłam o kilka kroków.

- Nie chcę żadnych leków - odpowiedziałam stanowczym tonem, próbując unormować oddech. - Chcę do Justina - wyszeptałam sama do siebie. Odwróciłam się tyłem do niezadowolonego ratownika medycznego po czym ponownie podeszłam pod oznakowany samochód. - Pan niczego nie rozumie - zwróciłam się do pana władzy, który wcześniej naruszył moją przestrzeń osobistą, łapiąc mnie w talii i przestawiając w inne miejsce jak jakiegoś mebla. - Może i pobił tamtego chłopaka, ale zrobił to tylko po to aby mnie chronić. Wiedział, że nie poradzę sobie sama z tym chłopakiem i odciągnął go ode mnie. Niech pan zapyta świadków. Powiedzą jak było! - mówiłam załamana całą tą sytuacją, ale nawet na moment nie dopuszczałam do siebie myśli, że Justina zabiorą na komisariat, a co gorsza w późniejszym czasie do więzienia z kilkuletnim wyrokiem o brutalne pobicie. Ponownie chcą nas rozdzielić. Nie pozwolę na to dziś, jutro, nigdy.

- Partner już zajmuje się przesłuchaniem świadków - wskazał na drugiego policjanta notującego coś w małym notatniku. - Niech się pani nie martwi, prawda zawsze wyjdzie na jaw. Prędzej czy później - uniósł delikatnie kąciki ust, które ułożyły się w prawie niedostrzegalnym uśmiechu. Odwzajemniłam gest.

- Walałabym prędzej - wymruczałam pod nosem.

- Mówiła pani coś? - niebieskie, a wręcz lazurowe tęczówki młodego funkcjonariusza, które dodawały mu uroku były w tej chwili wpatrzone we mnie.

- Nie... nic - zapewniłam.

Odgarnęłam włosy z twarzy, które zasłaniały mi całkowite pole widzenia. Teraz mogłam bez problemu dostrzec rude włosy stróża bezpieczeństwa, wystające gdzieniegdzie spod granatowej czapki uzupełniającej tego samego koloru mundur. Musiałam przyznać, że wyglądał w nim bardzo dobrze. Od zawsze miałam słabość do facetów w mundurach, ale czy to teraz ważne?
Ani trochę.

- Rozkuj go - usłyszałam za sobą niski głos. Natychmiast odwróciłam głowę w jego stronę. - Widziałem nagrania całego zdarzenia. Chłopak zachował się honorowo broniąc dziewczyny, a w dodatku pomógł nam złapać zbiega. Tamten chłopak to Peter Valla. Poszukiwany od kilku dni - stanął na przeciwko nas w podeszłym wieku policjant. Ten od notesiku. Odetchnęłam z ulgą. Nie mogłam doczekać się momentu, w którym wtulę się w ciało Justina.

Stałam z boku i obserwowałam jak obiekt moich westchnień wysiada z radiowozu i odwraca się plecami do funkcjonariusza policji aby ten mógł go rozkuć. Nie mogłam się powstrzymać i wbiegłam wprost w jego otwarte ramiona. Pojedyncze osoby zaczęły bić brawo. Pojawili się paparazzi. Błysk fleszy tak bardzo oślepiał. Zamknęłam oczy zaciągając się zapachem chłopaka. Staliśmy tak przez dłuższą chwilę w swoich objęciach.

- Niestety musicie złożyć zeznania - przerwał nam ten starszy, mniej sympatyczny stróż prawa. Oderwaliśmy się od siebie na moment poświęcając mu uwagę, której oczekiwał.

- No tak... - mruknął chłopak, a ja przeniosłam wzrok na Justina. - Zgłosimy się jeszcze dzisiaj na komisariat we własnym zakresie. W porządku? - dodał po chwili.

- Oczywiście - podał nam wizytówkę z adresem komisariatu i numerem telefonu. - Przepraszamy za nieporozumienie, ale chyba pan zdaje sobie sprawę jak to wyglądało - poprawił swoją czapkę.

- Nic się nie stało - potarł dłonią swój lewy nadgarstek, który zdecydowanie bardziej ucierpiał od uścisku kajdanek. - Możemy już iść? - objął mnie w talii i musnął mój policzek.

- Pewnie. Do widzenia - podaliśmy sobie dłonie i podziękowaliśmy za pomoc.

Szybkim krokiem udaliśmy się do samochodu Justina. Utrudniali nam to paparazzi, którzy napierali na nas z każdej strony. Miliony pytań obijały mi się o uszy, a Justin na każde odpowiadał tak samo. Ciszą.

- Justin! Kim był ten chłopak?!

- Dlaczego go pobiłeś?!

- Jaką kwotę zaproponowałeś policji aby wypuścili cię wolno?!

- Czy Shannon łączyło coś z tym chłopakiem?

Błysk fleszy bardzo mnie drażnił. Czułam się niekomfortowo. Dopiero kiedy poczułam dłonie Justina oplatające moją talię poczułam się bezpiecznie i zaskakująco dobrze. Jakby wcześniejsza sytuacja nie miała w ogóle miejsca, jakbyśmy byli tylko we dwoje. Chłopak otworzył przede mną drzwi swojego dwuosobowego, białego ferrari 458 Italia po czym dzielnie czekał aż zajmę miejsce, żeby mógł je zamknąć. Wypuściłam ze świstem powietrze, kiedy na miejscu obok znalazł się Justin. W momencie kiedy drzwi za nim zamknęły się wszystkie głosy paparazzi ucichły. Poczułam ulgę.
Położyłam dłoń na policzku blondyna po czym zatoczyłam na nim małe kółka kciukiem. Justin ułożył dłoń na mojej po czym wtulił w nią swoją twarz.

- Nic ci nie jest? - usłyszałam jego zatroskany głos.

- Ze mną w porządku, ale twój nos... - delikatnie przejechałam palcem po opatrunku, który założyli mu w radiowozie sanitariusze. Zacisnął zęby. Bolało go. - twój nos chyba ucierpiał - zagryzłam wargę.

- Szybko się zagoi - ucałował wierzch mojej dłoni, a ja przeniosłam ją na jego kolano.

Odpalił silnik, który charakterystycznie głośno zaryczał, a ja zapięłam pas jedną, wolną ręką. Justin powoli ruszał nie szczędząc wciskania klaksonu aby dać do zrozumienia wścibskim paparazzi, żeby dali nam możliwość wyjechania z parkingu. Zasłaniałam twarz dłonią, która wpatrzona była w skoncentrowaną twarz chłopaka aby uniemożliwić im wszystkim zrobienie dobrych zdjęć na jutrzejszą okładkę.

- Stracę zaraz cierpliwość - wysyczał przez zaciśnięte zęby. Zauważyłam także jak kurczowo zaciskał dłonie na kierownicy. Jego kostki były blade, a żyły bardziej widoczne.

- Spokojnie - dłoń, którą wcześniej trzymałam na jego nodze przeniosłam na jego szyję, ściskając ją lekko. Przymrużył na moment oczy jakby mój gest dał mu dużą przyjemność. Rozluźnił uścisk na kierownicy i oblizał spierzchnięte wargi.

- Nigdy stąd nie wyjedziemy - westchnął po czym przytrzymał jeden z wielu przycisków, a przyciemniana szyba opuściła się prawie do końca. Zabrałam dłoń z jego karku po czym schowałam twarz we włosach. - Zrobiliście już swoje, macie materiał dla prasy, więc do cholery dajcie mi w spokoju prowadzić - jego głos był przepełniony frustracją.

Do moich uszu znowu dobiegły poprzednie pytania i masa nowych. Miałam ochotę ich rozszarpać. Co do jednego.

- Dajcie prowadzić - powtarzał w kółko, a oni bezczelnie ignorowali to co ma im do powiedzenia.

- Kochanie... nie warto - chłopak wdawał się z nimi w niepotrzebne dyskusje i jedynie komplikował swoją już i tak beznadziejną sytuację.

- Masz rację - westchnął bezsilnie zamykając błyskawicznie szybę.

Nadal poddenerwowany wcisnął delikatnie pedał gazu, co ewidentnie wystraszyło otaczających nas ludzi, bo odskoczyli w tył, dając nam potrzebną przestrzeń. Wiedziałam, że to nasza szansa. Justin idealnie ją wykorzystał, bo już po chwili mogłam dostrzec w lusterku oddalające się, naburmuszone twarze przeważnie mężczyzn z aparatami w ręku.

- Nigdy więcej nie proś mnie abyśmy wyszli z domu bez ochroniarzy - jego słowa w pewnym stopniu mnie zabolały. Miał do mnie żal o tą sytuację i specjalnie nie starał się, by go ukryć.

Zignorowałam to, co powiedział. Nie chciałam się kłócić, a wiedziałam doskonale, że gdybym dalej brnęła w ten temat to mogłoby to skończyć się źle dla nas obojgu. Jednak wciąż to zdanie krążyło gdzieś w mojej głowie i nie dawało mi spokoju. Czy to takie złe, że chociaż raz od czasu kiedy jestem z Justinem chciałam poczuć się jak zwykła dziewczyna, która wychodzi na miasto ze swoim zwykłym chłopakiem? Nie mogłam przewidzieć tego, że Peter ucieknie z więzienia i będzie chciał się na mnie zemścić akurat dzisiaj. Nikt by nie mógł. Żal Justina jest w tym momencie nie na miejscu.
Chłopak wjeżdżając na ogromny podjazd przed naszą willą jeszcze nie do końca zatrzymał samochód, a ja już z niego wysiadłam trzaskając za sobą drzwiami. Przeszłam kilka metrów i jak zwykle siłowałam się z ciężkimi drzwiami wejściowymi aby ustąpiły. W końcu mi się to udało i nie odwracając się za siebie weszłam do środka. Skierowałam się prosto do sypialni. W niej zdjęłam z siebie szpilki, dając moim stopom odpocząć. Torebkę rzuciłam niezgrabnie na łóżko wcześniej wyjmując z niej telefon odkładając go na pobliską komodę. Pospiesznie zrzuciłam z siebie kombinezon, który wylądował tuż obok torebki. Z sypialni przeszłam do garderoby, z której wyjęłam strój kąpielowy i z nim w ręku zniknęłam za drzwiami ogromnej łazienki wyłożonej jasnym marmurem. Zrzuciłam z siebie bieliznę od razu wrzucając ją do bieliźniarki po czym wzięłam szybki, orzeźwiający prysznic pod letnią wodą, który zmył ze mnie złe samopoczucie jak i cały stres dzisiejszego dnia. Osuszyłam ciało pospiesznie ręcznikiem po czym wbiłam się w dwuczęściowy, perłoworóżowy strój z czarnymi wzorkami. Zabrałam z szafki gumkę do włosów po czym związałam je w wysoką kitkę u czubka głowy. Byłam gotowa aby spełnić mój plan, a mianowicie aby odprężyć się i zrelaksować w jacuzzi.
Pełna optymizmu zbiegłam po schodach czując na sobie zdziwione spojrzenie blondyna. Całkowicie go olałam i wyminęłam jakby był powietrzem. Dumna z siebie dotarłam do swojego celu. Chwilę zajęło mi ustawienie odpowiednich hydromasaży po czym ostrożnie zeszłam po schodkach do wody zanurzając się praktycznie do pasa. Usiadłam na wyznaczonym miejscu, a woda sięgnęła mi szyi. Nie musiałam długo czekać na efekty korzystania z jacuzzi. Było mi tak przyjemnie i błogo. Wszystkie problemy, smutki odeszły wraz z chwilą kiedy zamknęłam oczy. Delektowałam się każdą upływającą sekundą. Potrzebowałam tego - chwili dla siebie i ciszy, która mnie otaczała.

- Nie wzięłaś ze sobą ręcznika. Przyniosłem ci - usłyszałam za sobą cichy głos Justina. Nie pofatygowałam się nawet odwrócić w jego stronę i obdarzyć spojrzeniem.

- Dziękuję, ale to było niepotrzebne. Poradziłabym sobie jakoś - nie musiałam siedzieć do niego przodem ani mieć otwartych oczu, żeby wiedzieć, że w tym momencie mina mu zrzedła. - Połóż tam - wyjęłam z wody lewą dłoń i na ślepo wskazałam małą szafkę mieszczącą się kilka kroków od wanny z hydromasażem.

- Shannon przepraszam Cię - mówił ledwo słyszalnie, ale nie umknęło mi to. Na mojej twarzy zagościł tryumfalny uśmiech, którego Justin nie mógł dostrzec. Jedyne co widział to moje plecy i tył głowy. Postanowiłam się nie odzywać i czekać czy ma coś jeszcze do powiedzenia. - Wiem, że to co powiedziałem w samochodzie nie zabrzmiało zbyt dobrze. Nie miałem na myśli tego, że dzisiejszy incydent to twoja wina. Na prawdę - mówił to z taką skruchą. Byłam pewna, że jego słowa są szczere. - Nadal się gniewasz? - pierw usłyszałam kroki, a chwilę później poczułam jego opuszki palców miziające moje ramię.

Otworzyłam oczy po czym odchyliłam głowę w tył tak, że wpatrywałam się w twarz Justina z dołu. Zauważyłam, że nie ma na sobie koszulki. Na widok jego dobrze zbudowanego torsu zagryzłam wargę i zmrużyłam nieco oczy. Wyciągnęłam ręce nad głowę. Na mój ruch chłopak się pochylił, a ja bez problemów uczepiłam się jego szyi. Wydymałam wargi do przodu, tworząc dzióbek. Wyraz twarzy blondyna zmienił się diametralnie. Teraz promieniował. Złożył krótki pocałunek na moich ustach, a ja zapragnęłam więcej.

- Mogę ci potowarzyszyć? - poruszał zabawnie brwiami, a ja przytaknęłam. Bacznie obserwowałam jak siłuje się z rozporkiem i zdjęciem spodni. Ku mojemu zaskoczeniu zrzucił z siebie także białe bokserki od Calvina Kleina, którego bieliznę tak uwielbiał i nago wszedł do jacuzzi. Delikatny rumieniec oblał moją twarz na jego widok, ale nie dałam tego po sobie poznać.

- Justin! Ała! - krzyknęłam chwytając się za obolałą stopę, którą niezdarnie nadepnął.

- Przepraszam - usiadł na przeciwko wyciągając przed siebie dłonie. - Pomasuję - widziałam jak na jego twarzy maluje się uśmieszek.

Niepewnie wyprostowałam nogę, a on złapał mnie za kostkę i delikatnie zaczął rozmasowywać moje obolałe śródstopie. Z zaciekawieniem przyglądałam się jego twarzy, na której malowało się skupienie. Zachichotałam pod nosem.

- A paluszki? Pomasuj paluszki - zrobiłam słodką minkę, a on bez namysłu zaprzeczył.

Uderzyłam dłońmi o taflę wody chlapiąc przy tym naszą dwójkę. Nie przemyślałam tego, bo już po chwili poczułam jak bardzo piecze mnie lewe oko. Odruchowo przyłożyłam dłoń do miejsca, w którym znajdowała się woda z chlorem i innymi detergentami. Słyszałam jak chłopak wychodzi z wody. Czyżby mnie perfidnie olał?
Skądże. Mój książę pofatygował się wstać po ręcznik. Poczułam jego dłoń na swojej, którą ostrożnie odsunął od wciąż piekącego narządu wzroku. Przyłożył namoczony róg materiału do mojego oka po czym starannie zaczął pocierać. Z każdą kolejną upływającą chwilą czułam większą ulgę.

- Lepiej? - wyszeptał z czułością, a we mnie uderzył jego miętowy oddech.

- O wiele - zapewniłam.

- Otwórz oczka - odgarnął mi zagubione kosmyki włosów z twarzy. Czułam na sobie jego przeszywające spojrzenie. Pokiwałam przecząco głową. - No otwórz - pogładził kciukiem mój policzek.

Przełamałam swój wewnętrzny strach i delikatnie uniosłam powieki ku górze, a przed twarzą wyrosła mi twarz Justina. Zamrugałam kilkakrotnie, bo przez tą dłuższą chwilę odzwyczaiłam się od światła. Nie odczuwałam już takiego bólu jak z samego początku.

- Dziękuję - musnęłam kącik jego ust.

- Zaczerwienione masz to oko. Powinnaś je przemyć - usiadł tym razem na miejscu obok i zapewne oczekiwał aż wstanę i pójdę pod bieżącą wodę.

Z moim wzrokiem było już wszystko w porządku, więc nie odczuwałam takiej potrzeby. Przysunęłam się zaś bliżej chłopaka i wtuliłam w jego bok.

- Nie chcę się z tobą rozstawać - wyszeptałam w jego ramię, hacząc wargami o jego skórę.

- Nikt nie będzie się rozstawał - ucałował moje czoło i przyciągnął bliżej siebie. - Kocham Cię - oparł brodę o moją głowę. Westchnęłam cicho, gładząc dłonią jego udo pod wodą.

- Wychodzimy? - wyswobodziłam się z jego objęć po czym nie czekając na odzew wyszłam z jacuzzi, a zaraz za mną zrobił to Justin.

Sięgając po ręcznik chłopak zahaczył palcem o dół mojego stroju po czym pociągnął za materiał i puścił.

- Nie rób tak więcej - podeszłam z powagą na twarzy do niego i spojrzałam głęboko w jego oczy. - Nigdy więcej - ułożyłam dłonie na jego klacie, a widząc, że ma zamiar się do mnie przytulić odepchnęłam go lekko od siebie i odeszłam kawałek widząc jego rozbawioną minę.

W spokoju osuszyłam swoje ciało ręcznikiem po czym rzuciłam nim w Justina. Wiedziałam, że od początku miał zaplanowaną kąpiel ze mną, a zabrał tylko jeden ręcznik. Kretyn. Mój kretyn.

- Idziesz już? - zapytał ze śmiechem kiedy stałam w progu drzwi.

- Zaczekam w sypialni - poruszyłam znacząco brwiami i zatrzepotałam długimi rzęsami tak, jak robią to w filmach. Chłopak mnie wyśmiał, a ja wytknęłam język.

W drodze do sypialni zahaczyłam o lodówkę, wyjmując z niej zimną butelkę wody. Odkręciłam korek i wzięłam spory łyk napoju, gasząc pragnienie w moich ustach i gardle. Odstawiłam butelkę na kuchenny blat po czym wbiegłam schodami na górę. Miałam zamiar przebrać się do suchych ubrań, ale niebo mieniące się tysiącami barw nie pozwoliło mi na to.




Zachód słońca dzisiejszego dnia był wyjątkowo piękny. Wyszłam na taras i oparłam dłonie o barierki wpatrując się jak zaczarowana w rozciągający się przede mną widok. Krwista czerwień przechodząca w fiolet, pomarańcz i gdzieniegdzie w róż. Coś pięknego. W tej chwili brakowało mi jedynie obecności Justina, a byłaby to najpiękniejsza chwila w moim życiu.

- Piękny widok - usłyszałam za sobą cichy głos, odwróciłam się i uśmiechnęłam.

- Tak, dzisiaj jest wyjątkowy - przyznałam mu rację przenosząc wzrok z powrotem na niebo.

- Miałem na myśli ciebie - wymruczał mi do ucha obejmując od tyłu moje drobne ciało.

- Jesteś kochany - na mojej twarzy zawitał uśmiech.

Moje życie odkąd jestem z Justinem jest jak wygrana na loterii, jak marzenie, o którym nie śmiałabym nawet pomyśleć. Nie mam na myśli tej wspaniałej willi, góry pieniędzy, z którymi nie wiemy co robić czy popularności, którą zyskałam przez znajomość z nim. Wszystko to jest nic nie warte kiedy choruję tak poważnie, kiedy przyjdzie mi pożegnać się z tym światem już niebawem.

- Nie myśl teraz o tym - składał na mojej szyi pojedyncze pocałunki, zostawiając po nich mokre ślady.

- Nie wspominałeś, że potrafisz czytać w myślach - oznajmiłam przymrużając oczy z rozkoszy jaką mi sprawiał.

- Po prostu znam cię na wylot, Shannon - mówił wprost w moje włosy, które chwilę temu rozpuściłam.

Odwróciłam się przodem do niego zarzucając ręce na jego szyi. Spojrzałam mu głęboko w oczy po czym delikatnie uśmiechnęłam.

- Potrzebowałem kogoś kto sprawi, że moje dni staną się lepsze. Wtedy tak nieoczekiwanie pojawiłaś się ty i twoja miłość. Wywróciłaś moje życie do góry nogami. Jeszcze nikt nie sprawił, że byłem tak szczęśliwy jak przy tobie - ułożył dłonie na moich policzkach. - Jesteś dla mnie spełniającym się marzeniem - musnął opuszkiem wskazującego palca czubek mojego nosa. Uśmiechnęłam się przez łzy i wtuliłam mocno w jego ciało.

- Jeśli mogłabym dać ci jedyną rzecz świata, dałabym ci możliwość patrzenia moimi oczami, wtedy zobaczyłbyś jak wiele dla mnie znaczysz - słone krople powoli wypływały z moich oczu, mocząc białą koszulkę chłopaka. Zdecydowanie były to łzy szczęścia. Mając go miałam wszystko.

- To niebywałe, że w tej chwili w moich ramionach mieści się cały świat - pogłaskał mnie czule po głowie i musnął moje czoło.

Chłopak otarł moje łzy kciukiem. Przybliżyłam się do niego. Stykaliśmy się nosami, a nasze spojrzenia się spotkały. Jego czekoladowe tęczówki lśniły jak nigdy wcześniej. Wyciągnęłam szyję i musnęłam delikatnie jego dolną wargę. Przygryzłam ją delikatnie i wciąż trzymając w zębach pociągnęłam w swoją stronę. Puściłam i znów go pocałowałam. Zrobiłam krok w tył ciągnąc Justina za brzegi koszulki. Na niemal gołych plecach poczułam nagły chłód barierek tarasu. Wzdrygnęłam się, a na ciele pojawiła się gęsia skórka. Chłopak przywarł do mnie swoim ciałem, a ja nie miałam czasu aby myśleć o zimnie jakie ogarnęło moje ciało. Włożyłam dłonie w tylne kieszenie jego dresowych spodni, które miał na sobie i lekko ścisnęłam jego pośladki przez dosyć gruby materiał. Wyczułam jak uśmiecha się przez pocałunek, a z każdym kolejnym byłam bliżej nieba. Odlatywałam.

- Spróbujmy czegoś innego, nowego - szeptał mi do ucha przygryzając jego płatek.

- Justin... Co masz na myśli? - odchyliłam głowę w tył, a chłopak wykorzystał to składając pojedyncze muśnięcia na mojej szyi, ramionach i obojczyku w niektórych miejscach przysysając się do mojej skóry. Byłam pewna, że pozostawił na moim ciele kilka malinek.

- Zawsze od razu przechodzimy do sedna... Może dziś pobawimy się chwilę? - zaproponował tym swoim seksownym głosem, do którego zawsze miałam słabość. Przez dłuższą chwilę nie zdobyłam się na odpowiedź. - Shanoon... Czy ty wstydzisz się pieszczot? - odsunął się nieco i wpatrywał się we mnie rozbawionym spojrzeniem.

- Och. Nie - zaśmiałam się nerwowo.

- Mnie nie oszukasz - nie potrafię kłamać. Ani trochę. Muskał linię mojej szczęki, zjeżdżając do szyi i dekoltu, na którym się zatrzymał. - Nie ma się czego wstydzić, kochanie - podniósł wzrok spoglądając na mnie znad moich piersi. Uśmiechał się zachęcająco, a kolana mimowolnie się pode mną ugięły. Mój ideał.

- Zróbmy jak chcesz - odwzajemniłam uśmiech, a przy tym zmarszczyłam delikatnie nosek.

Chwilę później poczułam szorstkie dłonie chłopaka na swoich plecach przy zapięciu góry od bikini, które nadal miałam na sobie. Sprawnie poradził sobie ze stanikiem, który po chwili spadł tuż obok moich bosych stóp. Moje ciało wariowało pod wpływem jego dotyku. Wplotłam palce w jego włosy, a dłonie zacisnęłam w pięść. Odchyliłam głowę lekko w tył zamykając oczy, poddając się tej magicznej chwili. Z moich ust wydobył się cichy, niekontrolowany jęk. Jego język energicznie zataczał kółka wokół moich sutków, które także ssał i przygryzał, ale uważając na to, żeby nie sprawić mi chociaż najmniejszego bólu.

- Nawet nie zdajesz sobie sprawy jak cholernie seksowną jesteś kobietą - oderwał się od moich piersi po czym wyprostował się i wpił zachłannie w moje usta. Jego język toczył małą bitwę z moim. Zataczaliśmy małe kółeczka, muskając się nawzajem ciepłymi językami.

Dłonie chłopaka przeniosły się na moje pośladki, zahaczając o gumkę moich majtek. Ścisnął je mocno. Jęknęłam w jego usta, które nadal przygniatały moje. Złapałam za dół jego koszulki podciągając ją wyżej. Justin na moment oderwał się od moich ust, ale nie od oczu. Jedną ręką ściągnął z siebie zbędny w tym momencie t-shirt i przybliżył się z zamiarem ponownego zatopienia się w moich ustach, ale wyprzedziłam jego ruch. Dłonie oparłam o jego klatę. Osunęłam się powoli i z gracją o barierki. Kiedy już uklękłam przycisnęłam usta do jego umięśnionego brzucha. Opuszkami palców miziałam plecy chłopaka, na których mogłam wyczuć co chwilę przechodzące go dreszcze. Wodziłam ustami po podatnej na mój dotyk skórze brzucha, składając gdzieniegdzie delikatne muśnięcia. W pewnym momencie zaczęły przeszkadzać mi jego spodnie, które jednym ruchem znalazły się w jego kolanach, a po chwili same opadły do kostek. Przed oczami ukazało mi się niemałe wybrzuszenie w bokserkach Justina. Otwartą dłonią przejechałam po nim. Do tej pory słyszałam przyspieszony oddech chłopaka, ale w momencie kiedy jego majtki dołączyły do jego spodni jakby zastygł i przestał oddychać czekając na mój kolejny ruch.
Nie byłam w tym dobra, zaledwie kilka razy zdarzyło mi się zrobić loda. Przeważnie zawsze kiedy do tego zmierzało wycofywałam się, bo tego nie lubiłam, ale dzisiaj musiałam to zrobić. Coś w mojej głowie mi kazało, nie Justin... tylko ja sama. Wiedziałam jaką ogromną przyjemność mu to sprawia, a dzisiaj chciałam dać mu jak najwięcej tylko mogłam.
Chwyciłam w dłoń jego penisa, który pod wpływem mojego dotyku coraz bardziej się naprężał. Wykonałam dwa szybkie ruchy dłonią po czym wsadziłam sobie do ust jego czubek, zasysając lekko.

- O mój Boże - chłopak jęknął z rozkoszy i wygiął swoje ciało lekko w tył. Jego palce wplątane w moje włosy zacisnęły się, a ja poczułam ból. Z pewnością nieświadomie wyrwał jakiś kosmyk.

Wyjęłam go z buzi po czym zatoczyłam na nim małe kółko językiem. Drugą, wolną dłoń oparłam o jego udo. W końcu wsadziłam go sobie do ust, słysząc nieustające jęki Justina. Przez moment spojrzałam na niego z dołu. Stał przyglądając mi się uważnie, a w jego oczach nie mogłam odczytać nic innego niż pożądanie. Po chwili kontynuowałam coraz bardziej wkładając sobie jego członka do ust. Powoli wsunęłam jego penisa do końca, ale czując go w przełyku wolałam nie ryzykować i wysunęłam praktycznie od razu zasysając końcówkę. Czynność powtórzyłam kilkakrotnie, a kiedy chciałam złożyć na nim serię muśnięć Justin uniemożliwił mi wyjęcie go. Kurczowo trzymał moje włosy i teraz to on dyktował warunki oraz tempo. Moje ruchy były coraz energiczniejsze, a pojękiwania chłopaka coraz głośniejsze. Zdarzyło mu się nawet powtarzać moje imię. W pewnym momencie poluzował uścisk i wyplątał palce z moich włosów.

- Już prawie...

Poczułam jak krew w nim pulsuje. Justin chciał, żebym się wycofała, ale nie zrobiłam tego. Wykonałam jeszcze kilka szybkich ruchów głową w przód i tył, a druga dłonią chwyciłam za jego jądra i ścisnęłam lekko. Poczułam jak jego sperma wypełnia moje usta, a jego członek z czasem wiotczeje. Wyjęłam go i podniosłam się z kolan napotykając szeroko otwarte oczy Justina. Stróżka tej ciepłej i ohydnej substancji spływała z kącika moich ust, a ja nie chciałam tego połknąć, nie byłam w stanie. Justin w końcu zrozumiał i spod szklanego stolika szybkim ruchem zabrał ręczniki papierowe urywając sporą ich część i pośpiesznie podając mi ją.

- Wypluj - wyszeptał ledwo słyszalnie przyglądając mi się, a ja nie odwracając się wyplułam całą zawartość spermy z moich ust. Czym prędzej wyrzuciłam wszystko do pobliskiego kosza i chwytając za dłoń Justina chciałam pociągnąć go za sobą do łazienki, ale musiałam trochę poczekać aż chłopak wydostanie stopy ze spodni, które nadal opuszczone były w jego kostkach.

Uśmiechnęłam się pod nosem na ten widok, obserwując uważnie poczynania mojego księcia. Kiedy tylko dostrzegłam dresy chłopaka, do których kopnął, a te odleciały na metr tuż przede mną pociągnęłam go za dłoń, która nadal spleciona była z moją po czym zaciągnęłam go do łazienki. Od razu chwyciłam za szczoteczkę i pastę szczotkując dokładnie zęby. Kiedy udało mi się pozbyć specyficznego smaku Justina przepłukałam usta pod bieżącą wodą i wytarłam się ręcznikiem. Na wannie siedział brązowooki rozbawiony całą tą sytuacją.

- Nie musiałaś - wyciągnął ręce przed siebie czekając aż do niego podejdę. Uśmieszek nie schodził mu z twarzy. Jeszcze zobaczymy kto się będzie śmiał ostatni. W głowie pojawił mi się plan, który musiałam wcielić w życie.

Zagryzłam ponętnie wargę opierając się plecami o białą jak śnieg umywalkę. Dłonie ułożyłam na swoich piersiach nie spuszczając wzroku z blondyna. Jego mina wskazywała na to, że był ciekawy tego, co zaraz zrobię, ale i podniecony sytuacją w jakiej się znalazł - znaleźliśmy. Dłońmi wodziłam po swoich nagich ramionach, obojczykach, piersiach czy brzuchu starając się aby każdy mój ruch, chociaż nawet ten najmniejszy był ponętny, seksowny. Nieprzerwany kontakt wzrokowy z obiektem moich westchnień ułatwiał tylko sprawę. Dostrzegłam jak mruży oczy z podniecenia, jak zaciska dłonie na brzegach wanny, a nawet jak zaciska palce u stóp. Byłam z siebie zadowolona, ale to nie był jeszcze koniec mojej gry. Zahaczyłam palce o gumkę moich majtek po czym zsunęłam je powoli z siebie zakręcając na wskazującym palcu i odrzucając gdzieś w bok. Rozchyliłam lekko nogi, stojąc na przeciwko niego po czym zaczęłam dotykać się po swojej kobiecości. Usta Justina zacisnęły się w wąską linię i już podrywał się do wstania z miejsca, ale coś mu na to nie pozwalało i zdecydowanie była to ciekawość. Ciekawość tego czy posunę się dalej, a ja nie mając dzisiaj żadnych ograniczeń i zahamowań przybliżyłam wskazujący palec do swoich warg i oblizałam go zasysając przez krótką chwilę jego opuszek po czym włożyłam go we mnie i poruszałam delikatnie dokładając po krótkiej chwili drugi. Zaś drugą dłonią masowałam swoją lewą pierś. Oblizałam spierzchnięte usta i uśmiechnęłam się dumnie sama do siebie. Chłopak zerwał się na równe nogi, nie mogąc już wytrzymać tego widoku i nie potrafiąc opanować swojego podniecenia, które wzrastało w nim z każdą kolejną sekundą. Aby go dobić jęknęłam cicho i wymruczałam jego imię. Widząc jak coraz bardziej się do mnie zbliża wyjęłam palce i ze śmiechem wybiegłam z łazienki.
Gdyby nie ten przeklęty próg, o który się niezdarnie potknęłam to mój plan wypaliłby w stu procentach, a tak leżałam teraz na podłodze w sypialni śmiejąc się w najlepsze. Mina chłopaka, który podchodził do mnie powoli była bezcenna.

- Coś ci nie wyszło - uśmiechnął się triumfalnie siadając na mnie okrakiem. W pomieszczeniu nadal roznosił się echem mój dźwięczny śmiech, który zanikał pod wpływem pocałunków i dotyku Justina. - Chciałaś zabawić się moim kosztem. Jak mogłaś - wiedziałam, że udaje złość i żal do mnie o sytuację sprzed chwili.

Wytknęłam w jego stronę język, który sprawnie złapał w zęby po czym złożył na moich ustach namiętny pocałunek, który oczywiście odwzajemniłam. Z moich ust przeniósł się na moją brodę i w prostej linii zjechał z pocałunkami do mojego podbrzusza. Podparta na łokciach bacznie przyglądałam się jego poczynaniom. Kiedy nasze spojrzenia się spotkały posłaliśmy sobie szczery uśmiech. Chłopak dotarł do moich stref intymnych i rozchylił moje nogi, a fala gorąca przeszyła moje ciało kiedy zataczał kółka językiem w środku mnie. Jęknęłam. Wyginałam i prężyłam się rytmicznie.
Coraz szybciej i szybciej, lekko przygryzł moją waginę, a ja jęknęłam głośniej niż poprzednim razem. Jego imię wybrzmiewało w sypialni, a moje ręce mocno zaciskały się na dywanie, na którym leżeliśmy. Justin złapał mnie w biodrach i nie przestawał. Czułam jak każdy centymetr mojego ciała płonie. Kiedy fala orgazmu przeszyła moje ciało zdałam sobie sprawę z głośnego jęku, który wydobywał się z moich ust przez kilka długich sekund. Zacisnęłam kolana wokół głowy chłopaka, żeby po chwili poluzować uścisk i opaść z zamkniętymi oczami na puszysty dywan.

- To było... - długo szukałam odpowiedniego słowa aby podsumować to, co przed chwilą miało miejsce. - To było niesamowite - łapczywie łapałam oddech próbując dostarczyć sobie wystarczającą ilość tlenu jakiej teraz mi brakowało.

- Ty jesteś niesamowita - muskał moje przedramię trącając czubkiem nosa, z którego zdjął już opatrunek moją delikatną skórę.

- Kocham cię - wyszeptałam na jego ucho obejmując dłońmi jego szyję.

- Kocham cię - odpowiedział mi tym samym, a na moich ustach pojawił się szeroki uśmiech. Musnął z czułością mój polik. - Rozluźnij się - miał rację, moje mięśnie były napięte.

Obdarzył jeszcze kilkoma pocałunkami moje ciało zanim wszedł we mnie pewnym ruchem. Cholernie zabolało. Syknęłam z bólu, wbijając paznokcie w plecy Justina.

- Przepraszam. Przepraszam kochanie - szepnął nieco wystraszony tym, że zrobił mi krzywdę. Usta wykrzywiłam w uśmiech dając mu tym zachętę na kontynuowanie.

Przyjemność z tego stosunku odczułam dopiero po kilku okrężnych ruchach bioder Justina. Zadrapałam jego tors na co wydał z siebie głośny jęk przyjemności, ponieważ w tym samym czasie podniosłam lekko pupę ku górze i wykonałam szybki ruch miednicą, czując go jeszcze głębiej w sobie. Nasze ciała tworzyły idealną całość, idealnie ze sobą współpracowały. Był moim pierwszym w tych sprawach i ostatnim. Nie wyobrażałam sobie sytuacji, w której pozwoliłabym sobie na dotyk kogoś innego niż Justin.
Blondyn sięgnął po poduszkę, która była na wyciągnięcie ręki i wyszedł ze mnie, a ja poczułam niedosyt, ale nie na długo. Delikatnie uniósł mój tyłek i podłożył pod moją kość ogonową ową poduszkę, a ja usadowiłam się na niej wygodnie. Rozchylił ponownie moje uda i ręką nakierował swojego nabrzmiałego członka do mojej pochwy. Złapał mnie pod kolanami i ostrożnie przełożył moje nogi na swoje ramiona. W tej pozycji każdy jego ruch odczuwałam dwa razy bardziej. Jęczałam, w pewnych momentach krzyczałam jego imię wyginając się w łuk z podniecenia, które ogarniało całe moje ciało. Czułam, że zbliża się ku końcowi pomimo tego, że jak najdłużej chciał przeciągnąć sprawę. Zabrałam nogi z jego ramion i oplotłam jego biodra. Justin przyspieszył swoje ruchy, a ja przyglądałam się jego skupionej twarzy, na której zauważalne były krople potu i kosmyki włosów przyklejone do jego czoła. Miał czerwone policzki i ciężko oddychał. Pewnie nie wyglądałam lepiej.

- Justiiin - wysapałam na jego mocne pchnięcie, które odczułam wyjątkowo mocno. Ścisnęłam jego ramiona, wbijając w nie paznokcie. - Zrób to.

Kilka chwil później poczułam jak kończy we mnie. To było zdecydowanie najlepsze uczucie jakie do tej pory przeżyłam podczas seksu. Pozwoliłam mu na to pierwszy raz odkąd jesteśmy razem, bo wcześniej zwyczajnie bałam się zajścia w ciążę, a teraz? Silne leki jakie codziennie zażywam zabijają mnie od środka, a w tym moje komórki jajowe, uniemożliwiając tym zajście w ciążę, której absolutnie nie chcę.
Justin wykonał jeszcze pojedyncze pchnięcia po czym opadł na moje ciało bez jakichkolwiek, nawet najmniejszych sił, których ja też nie posiadałam.

- To był zdecydowanie najlepszy seks w moim życiu - gładziłam jego wilgotne włosy z czułością. Chłopak przytaknął, a uśmiech nie schodził mu z twarzy.

- Co powiesz na wspólną kąpiel? - musnął mój obojczyk po czym podniósł się z mojego obolałego ciała. Dywan w sypialni nie jest dobrym miejscem na tego typu zabawy.

- Z przyjemnością - skradłam mu buziaka znikając za drzwiami łazienki, wymijając go wcześniej. Odkręciłam kurek z gorącą wodą i przysiadłam na brzegu wanny, wpatrując się w taflę wody.

Justin stał przy umywalce i starannie mył swoje białe ząbki spoglądając na mnie ukradkiem. Wiedziałam, że to robił, bo czułam na sobie jego spojrzenie mimo tego, że byłam odwrócona do niego lewym profilem.


Leżeliśmy z Justinem owinięci w gruby koc na kanapie, na tarasie i wpatrywaliśmy się w gwieździste niebo, popijając przy tym gorącą czekoladę, którą niedawno zrobiłam.

- Dawno nie miałam tak męczącego dnia jak dzisiaj. Jestem wykończona - wtuliłam bardziej głowę w szyję chłopaka, a ten bawił się moimi włosami. - Justin? - podniosłam się po dłuższej chwili na łokciu i wpatrywałam w jego piękną twarz.

- Hmm? - wymruczał spoglądając na mnie z uśmiechem.

- Ty na prawdę wierzysz w to, że wyzdrowieję?

- Wierzę - pogładził kciukiem mój policzek i spojrzał głęboko w oczy po czym musnął czule moje czoło.

- A jeżeli... no wiesz - plątałam się, szukając odpowiednich słów. - zawiedziesz się - zagryzłam wargę z nerwów nie spuszczając oczu z jego twarzy, która powoli przybierała inny wyraz.

- Jesteś silną kobietą. Jeżeli obiecasz mi teraz, że będziesz walczyć to nie mam się o co martwić. Pokonasz to, a ja ci w tym pomogę. Razem możemy wszystko - splótł nasze palce, a ja musnęłam kącik jego ust.

- Obiecuję - wtuliłam się w rozgrzanie ciało chłopaka, zaciągając jego zapachem. - Dziękuję - wymruczałam zamykając oczy.

- Za co? - zakręcił na palec kosmyk moich włosów.

- Za wsparcie - pogładziłam dłonią jego tors po czym ziewnęłam zakrywając usta dłonią.

W pewnym momencie poczułam się jeszcze bardziej senna niż do tej pory. Nie chciałam iść jeszcze spać, więc hardo próbowałam walczyć z ciężkimi powiekami. Na marne. Niedługo później zasnęłam wtulona w ciało chłopaka.


JUSTIN


Księżniczka zasnęła w moich ramionach, a ja otuliłem ją szczelniej kocem, by przypadkiem nie zmarzła. Był późny wieczór, słońce dawno zaszło, a temperatura spadła o kilkanaście stopni, a do tego wiatr był silniejszy niż zwykle.
Kiedy Shannon spała miałem długą chwilę aby przemyśleć wszystko. Teraz mogłem zdjąć z ust sztuczny uśmiech, który zdobił moją twarz odkąd dowiedziałem się o jej chorobie. Nowotwór serca to nie przelewki, to nie żaden głupi katar czy ból gardła, na który przeważnie się skarżę, na to się umiera. Jest bardzo nikła szansa aby mój skarb wyzdrowiał - tak mówią lekarze, ale ja ich nie słucham. Ich słowa do mnie nie docierają. Tworzę barierę i dochodzą do mnie tylko te dobre prognozy, a te złe odrzucam za siebie. Przecież ona nie może odejść, nie może umrzeć. Jest moim całym światem. Bez niej nie będzie i mnie.
Codziennie zapewniam ją, że wygra z chorobą, żeby w końcu uwierzyła w swoje siły. Z jej teraźniejszym podejściem odpuści i pozwoli aby choroba wzięła górę, a na to nie pozwolę. Musi być silna, musi wiedzieć, że jest potrzebna na tym świecie, musi wiedzieć, że ma dla kogo żyć.
Delikatnie wyswobodziłem się z jej objęć i podniosłem z niskiej kanapy. Wziąłem moją kruszynkę na ręce z zamiarem przeniesienia jej do sypialni. Przebudziła się, mamrocząc coś niezrozumiałego pod noskiem. Uśmiechnąłem się na widok zaspanej dziewczyny, która wtuliła się mocno w moją klatę.

- Ćśśśś - kładąc ją na łóżko obdarzyła mnie przestraszonym spojrzeniem. Śniło jej się coś? - Śpij dalej księżniczko - szeptałem. Nachyliłem się nad jej niewinną twarz po czym musnąłem jej gorące czoło.

Zaniepokoiłem się temperaturą jej ciała, kiedy przyłożyłem dłoń do jej czoła, rozgrzanych policzków, a nawet dłoni. Zbiegłem po schodach do kuchni po apteczkę, w której swoje miejsce miał termometr. Nie chciałem jej niepotrzebnie martwić, więc wkładając miernik temperatury pod jej pachę robiłem to delikatnie. Odczekałem odpowiednią chwilę w tym czasie gładząc troskliwie jej włosy po czym przeniosłem wzrok na wynik, który mnie przeraził.

- Cholernie tu zimno - wyszeptała wciąż z zamkniętymi oczami, a ja poderwałem się na równe nogi.

- Skarbie, jedziemy do szpitala - rozpaczliwie szukałem kluczyków od samochodu, które jak się po chwili okazało leżały cały czas na widoku, na komodzie. Włożyłem je pospiesznie do kieszeni po czym ponownie ułożyłem sobie dziewczynę na rękach.

- Justin... co robisz? - zadrżała.

- Masz wysoką gorączkę. Zabieram cię do szpitala - wytłumaczyłem, a serce mi się krajało.

Ostrożnie zszedłem ze schodów. Przyspieszyłem kroku i nie zamykając za sobą drzwi wejściowych od domu otworzyłem te z samochodu i usadowiłem bezwładne ciało kobiety mojego życia na siedzeniu. Chwilę walczyłem z pasami bezpieczeństwa, ale ostatecznie zapiąłem je i zatrzasnąłem drzwi przebiegając wokół samochodu na swoje miejsce, miejsce kierowcy. Odpaliłem silnik i z piskiem opon ruszyłem prosto do szpitala. Co chwilę spoglądałem na jej pogrążoną we śnie twarz oraz klatkę piersiową aby upewnić się czy się unosi, czy oddycha. Nigdy w życiu tak się nie bałem.

- Pamiętasz? Obiecałaś mi coś dzisiaj. Nie poddawaj się - trzymałem ją kurczowo za dłoń, kiedy sanitariusze wieźli ją do sali, przekrzykując jeden drugiego.

- Nie może pan tutaj wejść - jeden z sanitariuszy stanął w drzwiach uniemożliwiając mi bycie obok ukochanej.

- Proszę! - łzy cisnęły mi się do oczu.

- Nic nie mogę zrobić. Należy cierpliwie czekać i nie przeszkadzać w pracy lekarzom.

Ułożył pocieszająco dłoń na moim ramieniu, ale strąciłem ją. Oparłem się o chłodną ścianę i zjechałem po niej. Usiadłem chowając twarz w kolanach. Z oczu nieustannie wylewały mi się łzy. Przecież obiecałem jej, że zawsze będę przy niej, że zawsze kiedy będzie tego potrzebować będę siedział obok i trzymał jej dłoń.
Zawiodłem ją.



*


Tym rozdziałem chciałam wynagrodzić Wam moją dłuższą nieobecność, ale mam nadzieję, że to zrozumiecie. Wiele działo się ostatnio w moim życiu i musiałam wszystko sobie uporządkować.
Proszę o komentarze - one strasznie motywują!



Tagi: .
21.12.2015 o godz. 23:04

SPRAWIASZ, ŻE STĄPAJĄC PO ZIEMI DOTYKAM GWIAZD - 19


Uśmiechnęłam się w ramach podziękowania po czym musnęłam jego mokre usta, które smakowały strasznie słono. Znałam przyczynę.


Minęło półtorej tygodnia przez które Justin oswoił się z wiadomością o mojej chorobie. Było mu strasznie ciężko i myślę, że dalej jest, ale tłumi to w sobie, usiłując mnie wesprzeć.
Myśli, że wieczorami nie słyszę jego bezradnego szlochu, kiedy zamyka się w łazience. Jest mi go żal bardziej niż samej siebie. W końcu to mu przyjdzie zmierzyć się ze stratą bliskiej osoby. Wiem, że to brzmi egoistycznie, ale to ja będę miała łatwiej. Moje narządy przestaną funkcjonować, przestanę myśleć. Umrę. Za to moje serce... moje serce zawsze będzie bić... dla Justina.
Wątpię, że jakakolwiek inna para w tak krótkim czasie doznała tylu nieszczęść. Ja z Justinem śmiało zasługiwalibyśmy na medal gdyby istniała taka konkurencja. I to złoty!

- Nad czym tak myślisz? - poczułam ciepły oddech na swojej szyi, a po chwili delikatne muśnięcie. Przeszły mnie przyjemne dreszcze, zresztą jak za każdym razem, kiedy to robił. Musiał pogodzić się z odpowiedzią jaką uzyskał - wzruszyłam ramionami.

Przeniosłam wzrok na jego twarz. Wydawała się skupiona i taka też była, oświetlała ją jedynie mała lampka nocna, której miejsce było na niewielkim kredensie tuż obok łóżka. Skoncentrowany Justin nakręcał sobie na palec kosmyk moich długich włosów i poświęcał temu zajęciu całą swoją uwagę. Zabawnie wyglądał. Zachichotałam. Przeniósł wzrok, a nasze spojrzenia spotkały się. Jego boskie oczy przypominały miniaturową fabrykę czekolady, którą swoją drogą bym zjadła.
Ziewnęłam opadając z sił. Justin na mój widok zgasił lampkę, przyciągając mnie do siebie. Wtuliłam się w jego umięśniony tors, który od zawsze robił na mnie wrażenie. To na jego widok za każdym razem zagryzam wargę.

- Śpij dobrze, księżniczko - musnął moje czoło jak każdego wieczoru. Kiedy poczułam jego dłoń na swojej głowie, kiedy zaczął gładzić moje włosy podziękowałam Bogu w myślach za tak cudownego chłopaka. Na moich ustach pojawił się delikatny, ale szczery uśmiech. Niedługo później zasnęłam.


Przyszło niewiele osób. Co się dziwić? Dziewczyna nie miała nikogo za wyjątkiem Justina. Przygarbiony pastor stał na rozgrzebanej górce zwracając się do zgromadzonych osób ubranych na czarno, przytulonych do siebie aby pomieścić się w cieniu wątłej akacji.

- Przyszło nam dzisiaj pożegnać dziewiętnastoletnią Shannon, która zdecydowanie odeszła od nas zbyt wcześnie. Nie doświadczyła tylu rzeczy... Nie zaznała prawdziwej miłości - chciał wymieniać dalej, ale Justin przerwał mu głośnym chrząknięciem czym zwrócił na siebie uwagę. Miał czerwone, podkrążone oczy. Był strasznie blady. - nie spełniła swojej powinności zostania matką. Shannon jednak dała światu coś więcej... wolę walki. Jest przykładem wśród wielu chorych. Bowiem musiała umrzeć aby wreszcie wyzdrowieć i żyć w pełni szczęścia. Dozna go tam gdzie teraz jest, a z pewnością będzie to niebo - uniósł ręce ku górze. – Podziękujmy mu za to, tak – podziękujmy. Śmierć bowiem uwalnia nas od szkodliwych namiętności, bezmyślnych dążeń, od naszych śmiesznych ambicji. Być może śmierć będzie tym, czego nie dało nam życie? - zakończył swoją przemowę po czym pożegnał się z niewielką gromadką osób i wolnym krokiem odszedł w kierunku cmentarnej kapliczki.
Justin upadł na kolana dławiąc się histerycznym płaczem. Obok niego uklękły Lauren i Aria pocieszając nieustannie. Nie słuchał ich.

- Nie ma ciebie, nie ma nas, nie ma mnie - szepnął uśmiechając się przez łzy. Miał w głowie plan, który za wszelką cenę chciał wcielić w życie. Nie potrafił bez niej żyć... - Kocham Cię, księżniczko. Miłość aż po grób - ułożył na trumnie bukiet białych róż, które tak bardzo uwielbiała po czym dłonią przejechał po dębowym, jasnym drewnie. Odszedł ze spuszczoną głową bez słowa lekko się chwiejąc. Z każdym kolejnym krokiem unosząc się w górę, ku niebu.


Obudziłam się z krzykiem podrywając do pozycji siedzącej. Dotknęłam policzków, na których nie znalazłam suchego miejsca.

- Już dobrze - zdołałam usłyszeć zaspany głos Justina, którego obudziłam. Poczułam jak jego silne ramiona oplatają moje trzęsące się ciało. Wtuliłam się w niego tak bardzo, że praktycznie stanowiliśmy jedność. - Nie bój się. Jestem przy tobie - aksamitny głos chłopaka uspokoił mnie. Byłam mu tak cholernie wdzięczna za to co dla mnie zrobił, robi i pewnie nie raz jeszcze zrobi. Za te wszystkie zarwane noce za to, że wytrzymuje moje humorki za to, że tak bardzo się dla mnie poświęcił zawieszając swoją karierę. Już nie śpiewa. Nie ukrywam, że nie podoba mi się to, ale to była jego decyzja. Chciał być ze mną na dzień dobry i na dobranoc.

- Ś-śnił mi się - wychlipałam. - mój pogrzeb - na moje słowa Justina mięśnie napięły się jakby był zły. Może był, ale na kogo? Na Boga?

- Postaraj się o tym zapomnieć i zasnąć ponownie. Jutro nowy, piękny dzień. Musisz się wyspać - oznajmił, a ja blado się uśmiechnęłam.

- Justin? - powiedziałam cichutko niemal niedosłyszalnie, ale blondyn usłyszał i z zaciekawieniem przyglądał mi się.

- Hmm? - upomniał się, a z moich ust nadal nie wydobył się żaden dźwięk. - No dalej - zachęcał mnie. - Wyduś to z siebie.

- Obiecaj, że kiedy mnie zabraknie...

- Nie zabraknie - tak jak się spodziewałam oburzony mi przerwał.

- Och... posłuchaj - skarciłam go. - Kiedy mnie zabraknie - kontynuowałam. - musisz mi obiecać, że nic sobie nie zrobisz, że pogodzisz się ze stratą i poszukasz sobie innej dziewczyny, którą pokochasz tak bardzo jak mnie - nikt nie wyobraża sobie tego, co musiałam czuć kończąc zdanie.

- Shannon przykro mi, ale tego obiecać nie mogę - mówił rozżalony i jakby z wyrzutem.

- Proszę, obiecaj - naciskałam.

- Nie - odparł stanowczym, zachrypniętym głosem po czym wstał z łóżka i wyszedł z sypialni, zostawiając mnie samą. Westchnęłam bezsilna.

Wygrzebałam się spod ciepłej pościeli z zamiarem odnalezienia chłopaka, co nie było takie łatwe, bo dom był przeogromny. W przeszukiwaniu kolejno pomieszczeń opadłam zrezygnowana na kanapę w salonie.

- Jak mogłaś mnie o to poprosić - usłyszałam za sobą przygnębiony głos. Przestraszyłam się cholernie. Podskoczyłam na siedzeniu odwracając głowę z prędkością światła. Pomieszczenie spowijała ciemność. Zdołałam ujrzeć jedynie zarys jego postaci.

- Mnie też nie jest łatwo - odpowiedział mi głuchą ciszą. - Chodź do mnie - dodałam po chwili. Postać brązowookiego zaczęła się zbliżać. Po chwili zajął miejsce obok mnie.

- Ja się nie poddam i ty też nie możesz. Razem zdziałamy cud! Uwierz w końcu - odgarnął zagubione kosmyki moich włosów z twarzy. - Wygramy! - potrząsnął moimi ramionami. - Shannon ja nigdy nie pogodzę się z myślą, że kiedyś może zabraknąć cię w moim życiu. Tak wiele przeszliśmy. Twoja choroba na pewno nas nie rozdzieli - odparł uparcie. Brakowało jeszcze tylko tupnięcia nogą.

- Kocham cię - wymamrotałam zdziwiona jego nastawieniem. Byłam do tej pory przekonana, że chociaż po części pogodził się z przyszłością.

- A ja ciebie - opowiedział takim tonem jakby była to najbardziej oczywista rzecz świata. Bardziej nawet od tej, że woda jest mokra. Nieważne.

- Popełniasz ogromny błąd nadal się łudząc - westchnęłam poirytowana po dłuższej chwili. Musiałam to z siebie wyrzucić.

- Shannon! Przestań pieprzyć! - uniósł się, a ja zachłysnęłam się powietrzem. Szczęka mi opadła. Dużo nie brakowało, a zbierałabym ją z podłogi.

- C-co ty p-powiedziałeś? - jąkałam się jak głupia, nie mogąc uwierzyć w jaki sposób się do mnie odezwał. Nigdy wcześniej mu się to nie zdarzyło.

- Po prostu mnie pocałuj - oznajmił, a zanim zdążyłam się ogarnąć już czułam jego wargi na swoich.

Odwzajemniałam każdy jeden jego pocałunek zatracając się w tym wszystkim. Dłońmi oplótł moje biodra po czym usadził na swoich kolanach. Z moich warg przeniósł się na moją szyję. Delikatne, subtelne muśnięcia doprowadzały mnie do obłędu. Już dawno nie czułam się tak doskonale. Oparłam dłonie na jego torsie, na którym nie było skrawka materiału. Lepiej dla mnie. Wodziłam dłońmi po jego ciele mrucząc z zachwytu. Zapragnęłam jego większej bliskości. Teraz. Tutaj...

Obudziłam się w naszej sypialni niezupełnie wiedząc co tutaj robię. Przecież wszystko rozgrywało się w salonie, na kanapie. Na samą myśl o naszych wyczynach uśmiechnęłam się. Obok nie zastałam Justina. Oblizałam usta i owijając się przyjemnym dla skóry materiałem prześcieradła wstałam z wygodnego łóżka. Udałam się do łazienki, w której wzięłam gorącą kąpiel, wspominając dzisiejszą noc. Czułam się wyśmienicie. Miałam ochotę wyjść z domu i zrobić coś szalonego, miałam ochotę podbić świat. To było dziwne, ale nie myślałam o tym w ten sposób. Uśmiech nie znikał z mojej twarzy. Kiedy wykonywałam swój rutynowy makijaż mogłam obserwować swoje rozpromienione odbicie w lustrze. Kiedy skończyłam rozczesywać włosy, które opadły kaskadami na moje plecy wyszłam z łazienki owinięta w beżowy, puchaty ręcznik. Od razu uderzył we mnie mocny zapach jajecznicy, który unosił się zapewne w całym domu. Śniadanie znajdowało się na tacy, na pościelonym już łóżku. Objęłam wzrokiem całe dosyć spore pomieszczenie, ale nie znalazłam w nim tego, czego szukałam, a mianowicie Justina.
Czym prędzej udałam się do garderoby, wybierając zestaw na dzisiejszy upalny dzień. Padło no turkusowy, obcisły bralet na cienkich ramiączkach, który zdecydowanie uwydatniał moje piersi. Sięgnęłam po białą, równie obcisłą spódnicę z wysokim stanem, która sięgała mi przed kolano. Zastanawiałam się chwilę dłużej nad odpowiednim obuwiem. W oczy rzuciły mi się białe, nie za wysokie szpilki darling, które bez wahania założyłam. Musiałam przyznać, że całość prezentowała się świetnie.

- W-wow - Justin niemalże zachłysnął się własną śliną na mój widok. Przygryzłam wargę.

Podeszłam do łóżka bez słowa siadając na jego brzegu. Justin podał mi zrobione przez siebie jedzenie. Życzyliśmy sobie smacznego po czym wspólnie zabraliśmy się za pałaszowanie zawartości swoich talerzy.

- Było pyszne - pochwaliłam go, wycierając chusteczką usta kończąc posiłek. - Dziękuję - uśmiechnęłam się mocząc wargi w szklance z sokiem pomarańczowym.

- Na zdrowie - odpowiedział z pełną buzią spoglądając na mnie znad talerza. Zaśmiałam się. Czekałam cierpliwie aż skończy swoją o wiele większą porcję.

- Ja sprzątnę po śniadaniu - oznajmiłam układając puste talerze na tacy.

- Na pewno? - zapytał z tym swoim szyderczym uśmieszkiem. Przytaknęłam udając się do kuchni. Jeszcze nie wiedziałam co mnie w niej czeka.

- Juuuuuuustiiiin! - krzyknęłam przerażona widokiem przed sobą. Chwilę później usłyszałam jak zbiega po schodach. Odwróciłam głowę, a ten widząc moją minę zaczął się śmiać. Zmierzyłam go lodowatym spojrzeniem. - Powiedz mi jak udało ci się tak nabałaganić przy robieniu jajecznicy? - wyrzuciłam oburzona ręce ku górze. Mój książę nawet nie pofatygował się o zamknięcie lodówki. Odstawiłam tacę po czym z hukiem zatrzasnęłam jej drzwiczki. - Nie myśl sobie, że odwalę za ciebie całą robotę.

- Sama zaproponowałaś, że sprzątniesz po śniadaniu - uśmiechnął się kpiąco.

- Zmieniłam zdanie - rzuciłam go szmatką, którą wcześniej odwiesiłam z haczyka. - Do roboty! - uniosłam głos próbując powstrzymać śmiech.



JUSTIN


Od rana starałem się aby ten dzień w oczach dziewczyny był idealny, do którego wspomnieniami powracałaby z wielką chęcią.
Wybiło południe. Siedzieliśmy na tarasie delektując się niesamowitą pogodą słonecznego Los Angeles i swoją obecnością. W ciszy wpatrywaliśmy się w rozciągający przed nami obraz zadbanego ogrodu.

- Chciałbym mieć z tobą dziecko - wypaliłem nagle, a moje myśli ciągle błądziły przy moim ostatnim śnie.


Przed oczami ukazał mi się widok uśmiechniętej od ucha do ucha kobiety mojego życia. Była zdecydowanie starsza, a na rękach trzymała dziecko. Zdecydowanie był to chłopiec. Płakał... mocno, ale Shannon jakby się tym nie przejmowała.

- Justin! - zawołała nie dostrzegając mnie. Podszedłem do niej przyglądając się chłopcu. Zastanawiałem się kim on jest i co robi na jej rękach.

- Jednak po całości nie wdał się we mnie - uśmiechnęła się się dumnie. - Kiedy krzyczy robi tą samą minkę co ty - zaśmiała się melodyjnie, podając mi syna? Tak, zdecydowanie.


Dziewczyna długo nie zdobyła się na odpowiedź, a mnie zżerały nerwy. Jak zareaguje?

- Ty chyba oszalałeś, Justin! - oburzona wstała z krzesła z zamiarem zniknięcia mi z zasięgu wzroku. Powstrzymałem ją. Złapałem za nadgarstek i przyciągnąłem do siebie. Usiadła na moich kolanach.

- Dlaczego? - szepnąłem patrząc przed siebie bez jakiegokolwiek konkretnego celu.

- Obudź się wreszcie! - próbowała wyswobodzić się z moich objęć, ale nie udało jej się to. Mój uścisk był zbyt silny, a ona zbyt słaba. - Jestem chora! Śmiertelnie! Ciąża w tym momencie byłaby nieodpowiedzialną decyzją. Skazalibyśmy te niczemu winne dziecko na śmierć. Już raz zabiłam człowieka i nie pogodziłabym się z kolejną taką sytuacją - przed jej oczami musiała pojawić się scena sprzed kilku miesięcy. Jej mina mówiła sama za siebie.

Z powrotem usiadłam na nim okrakiem, sięgając po niewinnie wyglądającą poduszkę.

- Ostatnie życzenie? - zaśmiałam się, przymrużając oczy.

Czułam się tak doskonale, jak jeszcze nigdy w życiu. Widząc jak Ian próbuje się uwolnić śmiałam się najgłośniej jak potrafiłam. Zrozumiał co się dzieje.

- Chciałabym, żebyś chociaż po części czuł to, co czułam ja i inne dziewczyny kiedy nas gwałciłeś. Chciałabym, żebyś męczył się tak, jak męczył się Justin. Jednak jakoś nad tym uboleję wiedząc, że spotkało cię coś o wiele gorszego. Śmierć Ian, śmierć - mój głos był pełen nienawiści, goryczy i rozbawienia.

- Nie zrobisz tego - powiedział chociaż z pewnością sam w to nie wierzył. Moją odpowiedzią był śmiech. Śmiałam się tak, jak robił to on kiedy zmuszał mnie do seksu, śmiałam się tak, jak on patrzący na wykrwawiającego się Justina. Nie czekając dłużej przycisnęłam poduszkę do jego twarzy.

- To koniec - szepnęłam, dociskając niewielką poduszkę do jego twarzy, uniemożliwiając mu tym nabranie powietrza.

Wyrywał się, rzucał. Po chwili wszystkie ruchy zaczęły ustawać aż kompletnie zanikły lecz ja dalej trzymałam poduszkę dociśniętą do jego twarzy. Minęło kilka minut, ewentualnie kilkanaście kiedy z niego zeszłam. Stawał się coraz zimniejszy, był blady, a jego usta coraz bardziej siniały. Nie żył. Odgarnęłam włosy z twarzy, upuszczając poduszkę na podłogę. Dopiero wtedy poczułam jak bardzo mam mokre od łez policzki. Stałam tępo przyglądając się klatce piersiowej Iana. Nie unosiła się.



SHANNON


Naszą rozmowę zmierzającą ku kłótni przerwał dźwięk telefonu mojego księcia. Dzwoniła Ellen. Chciała aby jutro z rana wystąpił w jej programie, udzielając wywiadu na żywo. Nie zgodził się. Kobieta próbowała go przekonać, ale na marne. To ja zdziałałam cud jeszcze tego samego dnia i przekonałam go do zmiany decyzji.


Mam straszną tremę przed tym cholernym wywiadem. Gdybym tylko wiedziała, że Ellen zaprosi nas oboje to w życiu nie przekonywałabym Justina aby zgodził się wystąpić. Od rana chodzę poddenerwowana i wyżywam się na niczemu winnym chłopaku, który z pewnością oddałby wszystko byle dzisiaj być jak najdalej ode mnie.

- Shannon wyglądasz jakbyś zaraz miała zwymiotować. Dobrze się czujesz? - zapytał troskliwie, przysiadając na wygodną kanapę obok.

- Boję się, że powiem coś nie tak i wyjdzie z tego skandal, a ty będziesz miał przeze mnie kłopoty - westchnęłam bawiąc się zapięciem małej, perłoworóżowej torebki chanela, która idealnie komponowała się z czarnym, długim kombinezonem, który miałam na sobie. Był na cieniutkich ramiączkach z wycięciami w talii i niewielkim dekoltem. Idealnie podkreślał moją figurę mimo, że nie należał do tych obcisłych. Moje stopy przyodziane były w czarne, wysokie szpilki, które dodawały mi kilku centymetrów.

- Nie panikuj - roześmiał się słodko. - Cokolwiek byś nie powiedziała to będzie to odpowiednie. Ja to wiem - podniósł delikatnie mój podbródek zmuszając tym abym na niego spojrzała. - Uśmiechnij się, księżniczko - musnął kącik moich ust, a ja zrobiłam to o co prosił.

- Mam nadzieję, że cię nie zawiodę - oblizałam nerwowo usta czekając aż zapowie nas Ellen.

- Niemożliwe - szepnął mi na ucho, a po moim ciele przeszedł dreszczyk.

- Zapewne tak jak ja nie możecie doczekać się już widoku naszej ulubionej gwiazdki, którą jest - kobieta przerwała dając czas publiczności na zrobienie hałasu. - Justin Bieber! - wykrzyknęła do kamery, która znajdowała się na przeciwko niej, a piski dziewczyn znajdujących się na widowni nasiliły się.

Spojrzałam przerażona na Justina. To już. Nadszedł czas na show. Czułam jak fala gorąca zalewa moje ciało.

- Czas na mnie - oznajmił wstając z kanapy. Odruchowo chwyciłam go za rękę. - Dasz radę - przyciągnął mnie do siebie szepcząc mi na ucho jak bardzo mnie kocha. Wiedziałam, że nie mogę go dłużej zatrzymywać. Puściłam jego dłoń, a on uśmiechając się do mnie zachęcająco wbiegł po schodkach wprost do studia Ellen DeGeneres.

Przeniosłam wzrok na duży ekran telewizora zawieszonego na ścianie, który ukazywał to, co działo się aktualnie na górze.

- Nie wiem czy ludzie wiedzą, ale... to był twój pierwszy program, w którym wystąpiłeś mając piętnaście lat. Mam na myśli to, że mogliśmy obserwować jak dorastasz - rozlała do dwóch szklanek wody kątem oka obserwując jej dzisiejszego gościa.

- Owszem. To prawda - Justin rozsiadł się wygodniej w fotelu. Widać było, że czuje się bardzo swobodnie.

- Kiedy człowiek dorasta to zmienia się jego tok myślenia i postrzeganie pewnych rzeczy. Co zmieniło się u ciebie w ciągu tych pięciu lat?

- Och - westchnął upijając mały łyk napoju. - Twoje pytanie ma wiele odpowiedzi i wymienienie ich zajęłoby całą wieczność, a przecież nie mamy na to czasu, prawda? - zaśmiał się patrząc wyczekująco na Ellen. Ta przytaknęła.

- A więc czym jest dla ciebie kariera?

- Mając piętnaście lat kariera była dla mnie spełnieniem tych najskrytszych marzeń. Mogłem robić to co kocham, a przy tym pomóc mamie finansowo. Była dla mnie na prawdę ważna - opowiadał kiedy kobieta wyglądająca na około trzydziestkę o krótko przystrzyżonych, blond włosach przerwała mu.

- Była? Teraz już nie jest? - wszyscy w studio zamilkli. Nawet ja na moment przestałam oddychać ciekawa jego odpowiedzi.

- Skłamałbym gdybym powiedział, że jest dla mnie tak samo ważna jak na samym początku. To wszystko staje się po jakimś czasie męczące, a wręcz uciążliwe. Oddałbym wszystko za chwilę prywatności. Oddałbym wszystko chociaż za jeden dzień dawnego życia, w którym mógłbym wyjść na ulicę i nikt nie reagowałby na mój widok czy nazwisko - wyżalił się. - Ja na prawdę kocham wszystkich moich fanów i nigdy nie przestaną być dla mnie ważni, bo to oni wspierali mnie od samego początku i to na nich zawsze mogę liczyć, bo mogę, tak? - zwrócił się wprost do kamery tak jakby starał się dotrzeć do każdego z osobna. - Ale ja nie jestem jakąś maszyną. Jestem tylko człowiekiem i mam prawo być zmęczony. Musicie to zrozumieć - poprawił złoty zegarek na jego lewym nadgarstku.

- To dlatego zawiesiłeś karierę? Przez to, że jesteś już tym całym zamieszaniem wokół siebie zmęczony?

- Po co pytasz skoro wiesz jak jest - zaśmiał się melodyjnie.

- A na kiedy przewidujesz ponowne pojawienie się na scenie? Tyle fanek wyczekuje twojego powrotu - na ekranie za nimi pojawiły się krótkie filmiki belieberek, które nagrywały swój płacz, a nawet histerię kiedy ogłoszono, że Justin Bieber zrobił sobie pauzę w karierze. Chłopak spuścił głowę. - Widziałeś te filmiki? Są dostępne na YouTubie i robią pogrom w internecie.

- Pierwszy raz widzę je na oczy i nie ukrywam, że to mnie przerasta. Schlebia mi to, że tysiące dziewczyn...

- Miliony dziewczyn - poprawiła go na co przewrócił teatralnie oczami, a publiczność roześmiała się.

- Schlebia mi to, że miliony dziewczyn za mną szaleją, ale czasem zdarzają się przypadki, że ich miłość do swojego idola staje się chorobą psychiczną. Miejcie dystans przede wszystkim do samych siebie - ponownie zwrócił się wprost do kamery.

- Jednak udało ci się sprawić, że jest o jedną samotną dziewczynę mniej - na ekranie za nimi pojawiło się tym razem nasze wspólne zdjęcie. Było zrobione od tyłu. Justin miał na swojej głowie zarzucony kaptur cienkiej bluzy i ja także. Spacerowaliśmy na nim uliczkami słonecznego LA. Nasze palce były splecione.

- Jak udało ci się nas rozpoznać? - udawał zdziwionego. Publiczność wybuchnęła śmiechem. Ja także.

- Rzadko ktoś w południe chodzi w kapturze, kiedy temperatura wynosi przeszło trzydzieści stopni - roześmiała się. - I tak między nami - nachyliła się nad ucho chłopaka. - Bluza ze złotym napisem z tyłu "I'M JB" w ogóle cię nie zdradza - szepnęła niby do chłopaka, ale usłyszał to każdy. Taki miała zamiar. Zachichotałam pod nosem widząc zbliżenie na skrawek materiału bluzy chłopaka.

- Kretyn... mój kretyn - szepnęłam rozbawiona. Cały stres ze mnie zszedł.

- To jak? Kim jest ta szczęściara? - wypytywała.

- Ma na imię Shannon i jest kobietą mojego życia - zagryzł wargę uśmiechając się szeroko. Piski i krzyki na widowni nasiliły się na słowa Justina.

- Najwyższy czas ją poznać! Shannon zapraszamy tutaj do nas! - zawołała podnosząc się z kanapy.


Usiadłam tuż obok Justina na czerwonej kanapie w studiu Ellen. Chłopak ani na moment nie puścił mojej ręki. Denerwował się dociekliwością dziennikarki, którą jak do tej pory bardzo cenił. Znali się od dawna.

- Wszyscy obecni tutaj - wskazała dłonią na publiczność - jesteśmy ciekawi, co takiego nabroił sam Justin Bieber, czego konsekwencją była rozprawa sądowa! - zaśmiała się. Justin objął mnie smutnym spojrzeniem. Nam nie było do śmiechu. Ani trochę.

- To bardzo osobiste. Nie chcemy do tego wracać, prawda Shannon? - zwrócił się do mnie, a ja przytaknęłam. Na samo wspomnienie przeszedł mnie nieprzyjemny dreszcz, który Justin ewidentnie wyczuł, bo objął mnie troskliwie ramieniem.

- Och... - westchnęła blondynka. Wyglądała na co najmniej trzydziestkę. Miała bardzo pogodną twarz, a jej zielone oczy dodawały jej uroku. - Nic nie uda mi się od was wyciągnąć? - zrobiła smutną minkę, dolną wargę wydymając do przodu. Publiczność roześmiała się.

- Nic, a nic - brązowooki uśmiechnął się z wyższością. - A może ty opowiesz o swoim małym wypadku - zaśmiał się, a Ellen poczerwieniała ze wstydu na twarzy. Nie miałam pojęcia o co chodzi, więc zaciekawiona czekałam na jej odpowiedź.

- To ja tutaj zadaję pytania, gwiazdko - uśmiechnęła się skrępowana na co chłopak puścił jej oczko. - Lepiej opowiedz jak to się stało, że na twojej drodze stanęła ta przepiękna dama - wskazała na mnie kiwnięciem głowy.

- Shannon była moją fanką. Poznałem ją na koncercie w Londynie... jej rodzinnym mieście. Od razu rzuciła na mnie urok swoją urodą jak i wnętrzem. Zaproponowałem jej spędzenie kilku dni w swoim towarzystwie. Zgodziła się, a wtedy miałem okazję bliżej ją poznać - mówił nie przestając się uśmiechać. Zrobiło mi się cieplej przy sercu. Czułam się taka wyjątkowa. - Kiedy przyszedł czas rozstania czułem się jakby ktoś wyrwał mi serce. Wtedy zrozumiałem, że ją kocham. Całym sobą. Nie mogłem zapomnieć o niej przez długie miesiące. Brakowało mi jej uśmiechu, spojrzenia, które sprawiało, że czułem się jakbym co najmniej latał. Jednak przez ten czas wierzyłem, że Bóg ułożył dla nas plan i nie pomyliłem się. Spotkałem ją ponownie po kilku miesiącach w co prawda nie za ciekawych okolicznościach - słuchając oczy zaszły mi łzami. Wzruszyłam się. Jego słowa były tak prawdziwe. Nie mogłam uwierzyć, że to mnie przytrafiło się takie szczęście w jego postaci. - Ale nigdy wcześniej nie byłem tak szczęśliwy jak tamtego dnia.

- Ooo - wydobyło się westchnienie z ust kobiety, a na jej twarzy można było dostrzec łzę spływającą po policzku, którą szybko starła. - Jesteście tacy uroczy - zachwycała się. - Czyli mogę ogłosić całemu światu, że Justin Bieber jest szczęśliwie zakochany? - uniosła brew patrząc wyczekująco na chłopaka, który zmienił moje życie na lepsze. Justin przytaknął, a ja wtuliłam się w jego tors. - Z wzajemnością? - spojrzała na mnie oczekując potwierdzenia.

- Bez wątpienia - musnęłam polik chłopaka, a publiczność ponownie dała o sobie znak przez pisk czy pojedyncze gwizdy.

- Jak to jest być z chłopakiem, którego pragną miliony dziewczyn na całym świecie? W tym ja oczywiście - cała nasza trójka roześmiała się na jej słowa.

- Największym głupstwem byłoby gdybym odpowiedziała, że postrzegam go jako normalnego chłopaka - tyle par zdziwionych oczu było w tej chwili wpatrzonych we mnie. W tym brązowe tęczówki chłopaka. Zapewne wszyscy dookoła spodziewali się innej odpowiedzi. Mogę dać sobie rękę uciąć, że każdemu tutaj w studio jak i przed telewizorami przez myśl przeszło, że właśnie wygadałam się o tym, że lecę na jego sławę, kasę, że liczy się dla mnie tylko to, że dzięki niemu zdobyłam popularność. To wszystko tak bardzo odbiegało od prawdy. - Justin nie jest normalnym chłopakiem. Jest wyjątkowy. Tylko on w stanie jest rozśmieszyć mnie kiedy moje samopoczucie sięga zera. Codziennie daje mi siłę na walkę z przeciwnościami losu, które za wszelką cenę chcą nas rozdzielić. Wspiera mnie w każdej decyzji jaką podejmę. Szanuje mnie i moje zdanie. Przy nim czuję się taka bezpieczna. Do tej pory żaden chłopak nie był w stanie mi tego zapewnić. I nie... nie chodzi mi tutaj o ochroniarzy Justina, którzy zawsze są, którzy nie odstępują nas na krok - rozwiałam wszelkie wątpliwości. - Bezpieczna czuję się w jego objęciach, kiedy głaszcze z troską moje włosy, kiedy śpiewa szeptem wprost do mojego ucha na dobranoc - wszystko to mówiłam wpatrując się w jego boskie oczy. - To on nauczył mnie kochać i przy tym żyć, bo co to za życie bez miłości, prawda? - uśmiechnęłam się delikatnie obserwując jego reakcję. Odwzajemnił uśmiech. W studiu zapanowała przyjemna cisza.

- Kocham cię, księżniczko - musnął moje usta. Jego twarz promieniała. Ułożyłam głowę na jego ramieniu.

- A ja ciebie - odszepnęłam.

Obydwoje wróciliśmy na ziemię kiedy publiczność zaczęła szaleć. Gromkie brawa, piski i te uciążliwe dla uszu głośne gwizdy. Równocześnie przenieśliśmy spojrzenia w kierunku Ellen, która starannie starała się wycierać mokre od łez policzki uważając na to, by nie pozbyć się resztek makijażu na twarzy. Obydwoje roześmialiśmy się na jej widok.

- I w takich momentach żałuję, że to leci na żywo - wskazała na swoją twarz. Była bardzo zabawna. Zazdrościłam jej poczucia humoru. Strasznie łatwo przychodziło jej łapanie kontaktu z ludźmi. Była otwarta na nowe znajomości. - Skoro się kochacie to może planujecie ślub? Założenie rodziny? - jej wzrok przeszywał nas na wskroś. Zrobiło mi się przykro. Uświadomiłam sobie, że od dziecka planowałam swoją przyszłość. Chciałam zostać księżniczką później pielęgniarką, a nawet strażakiem. Dążyłam do tego z całych sił. Chciałam pomagać ludziom. To od zawsze było moim marzeniem, moim celem. Nie spełnię tego marzenia w przyszłości, bo ja nie mam żadnej.

- Nie potrzebujemy udokumentowania naszego związku. Jest nam dobrze tak jak jest. Nie chcemy niczego zmieniać... przynajmniej na razie - odparł przeczesując palcami swoją grzywkę.

- Popieram waszą decyzję o wstrzymaniu się przed ślubnym kobiercem. Tyle czasu przed wami, ale jakby plany się zmieniły to oczekuję zaproszenia - uśmiechnęła się nie zdając sobie sprawy jak zabolały mnie jej słowa. Z trudem udało mi się powstrzymać wybuch płaczu. Spuściłam głowę. Dłoń chłopaka znalazła się na moim kolanie. Wiedział o co mi chodzi. My nie mieliśmy czasu, bynajmniej ja go nie miałam.

- No pewnie - mój książę roześmiał się nerwowo. Ellen ewidentnie wyczuła, że coś jest nie tak i że poruszyła niezręczny temat, bo szybko podziękowała nam za przyjęcie zaproszenia i zapowiedziała Justina. Miał zaśpiewać jedną ze swoich piosenek, akustycznie. Wybrał BE ALLRIGHT. - Wszystko będzie w porządku, kochanie - zacytował podchodząc do mnie. Złapał moją dłoń i musnął jej wierzch. Oczy zaszły mi łzami.

Rozbrzmiały pierwsze dźwięki piosenki. Justin usiadł na przygotowanym dla niego krześle zaraz obok nieco starszego chłopaka, który miał mu przygrywać po czym chwycił w dłonie swoją gitarę. Uważnie pociągał za struny.


Through the storm and through the clouds
Bumps in the road and upside down now
I know it's hard babe to sleep at night
Don't you worry, cause everything's gonna be alright
Be alright


Łzy spłynęły mi po zaróżowionych policzkach. Wzruszyłam się. Kobieta podała mi chusteczki, których nie tak dawno sama potrzebowała. Posłałam jej wdzięczny uśmiech i delikatnie osuszyłam twarz uważając na to aby nie rozmazać makijażu.


For you, oh, I would walk a thousand miles
To be in your arms holding my heart
Oh I, oh I, I love you
And everything's gonna be alright
Be alright


Chłopak ewidentnie zauważył, że się popłakałam, bo odstawił gitarę i wstał z krzesła. Podszedł do mnie i podał dłoń, którą uchwyciłam. Nie przestawał śpiewać. Pociągnął mnie do góry. Wstałam i wpatrywałam w jego oczy. Przytulił mnie do swojego rozgrzanego ciała i śpiewał nachylony nad moim uchem.


You know that I care for you, I'll always be there for you
I promise I'll just stay right here
I know that you want me to, baby we can make it through
Anything, cause everything's gonna be alright
Be alright

Through the sorrow and the fights
Don't you worry, cause everything's gonna be alright
Be alright


- Kocham cię - wyszeptałam kiedy skończył i wtuliłam twarz w jego szyję. Objął mnie mocniej i odpowiedział tym samym. Nikt nie słyszał naszych słów. Publiczność szalała. Otrzymał owacje na stojąco. Poruszył nie tylko mnie, na nie jednej twarzy dostrzegłam łzy.

- Życzę wam powodzenia. Wierzę, że wasze uczucie przetrwa, bo rzadko spotyka się tak prawdziwe - Ellen o której przez moment zapomnieliśmy podeszła do nas i objęła. Staliśmy tak przez chwilę po czym udaliśmy się za kulisy. Kiedy tylko dostrzegłam, że zasięg kamer nas nie obejmuje rzuciłam się na chłopaka prawie go przewracając.

- Sprawiasz, że stąpając po ziemi dotykam gwiazd - ujęłam jego twarz w dłonie po czym złożyłam na jego miękkich, malinowych ustach namiętny pocałunek.


- Poczekaj tutaj chwilkę, księżniczko. Zapomniałem telefon w środku. Pójdę po niego i zaraz do ciebie wracam - powiedział przeszukując kieszenie lekko poddenerwowany sytuacją.

- Dobrze - musnął mój polik po czym wbiegł ponownie do środka budynku, w którym przeprowadzany był wywiad.

Stałam przed budynkiem rozglądając się dookoła. Otaczały mnie drzewa i alejki między nimi. Na przeciwko znajdowała się fontanna przedstawiająca postać aniołka. Znajdowała się w centrum ogromnego placu. Podeszłam do niej i przysiadłam na suchym murku otaczającym fontannę. Zanurzyłam dłoń w zimnej, czystej wodzie po czym kreśliłam nią różne wzorki. Poczułam czyjąś obecność. Byłam pewna, że to Justin usiadł obok i w ciszy wpatrywał się w to co robię. Myliłam się.

- Taka niewinna, taka bezbronna... jak ten aniołek - usłyszałam niski, dziwnie znajomy głos, który wywołał u mnie ciarki na całym ciele. Przełknęłam głośno ślinę po czym powoli odwróciłam się przodem do właściciela głosu.



*


No i jest! Jak Wam się podoba?
Nie wiem dlaczego, ale napisanie powyższego wywiadu sprawiło mi większe trudności niż się spodziewałam. Dziwne.
Mam nadzieję, że pozostawicie po sobie ślad w postaci komentarza. To strasznie motywuje!


Tagi: .
22.11.2015 o godz. 01:02

DOPÓKI BĘDĘ ŻYŁ, BĘDZIESZ ŻYĆ WE MNIE - 18


Trwaliśmy tak złączeni aż mogłoby wydawać się, że można usłyszeć syk unoszącej się z naszych ciał pary. Kiedy chciał się cofnąć, przytrzymałam go ustami. Nie chciałam opuszczać tej pięknej krainy, do której zawędrowałam dzięki niemu - chciałam aby ta chwila trwała wiecznie.


Nadszedł dzień, którego obawialiśmy się z Justinem najbardziej - dzień rozprawy. Od rana z trzęsącymi dłońmi szykowaliśmy się do wyjścia. W końcu chodziło o liczne gwałty, morderstwo, a jakby tego wszystkiego było mało dochodziło handlowanie prochami i innymi używkami. Nie było dla nas szans. Zdawałam sobie sprawę, że nas rozdzielą.

- Justin? - objęłam go smutnym wzrokiem, podchodząc bliżej. Stał przodem do ściany, opierając się o nią czołem. Słysząc mój głos odwrócił się w moją stronę. Wtedy mogłam spostrzec jak bardzo zaszklone miał oczy. - Cholernie Cię kocham, wiesz? - wpadłam w jego ramiona, zalewając się łzami.

- Nasza historia jeszcze się nie kończy. Dopóki będę żył, będziesz żyć we mnie. Choćby w najciemniejszym zakątku celi, będę miał Cię tutaj - wziął moją dłoń, kładąc ją sobie przy sercu. - Kochanie.

Tą piękną chwilę przerwała nam Pattie, wpadając do sypialni niczym wiatr przez szczeliny w oknach mojego starego domku w Londynie, za którym nie ukrywając tęskniłam.

- Musimy już jechać - zawahała się lekko, ale podeszła i przytuliła mocno do siebie naszą dwójkę po czym tak po prostu wyszła, dając nam przestrzeń i czas jaki nam pozostał.

- Ja Ciebie też kocham - Justin pogładził kciukiem mój policzek, łapczywie wpijając się w moje usta wiedząc, że nie pozostało nam zbyt wiele czasu by nacieszyć się sobą.

Z zamkniętymi oczami i pustką w głowie, czując na swoich wargach jego miękkie, duże, malinowe usta, a na swoich biodrach jego silne dłonie wiedziałam, że po tych długich latach odsiadki jakie nas czekają, spotkają nas już same dobre rzeczy.


Stałam na sali rozpraw, nie wiedząc czy to najpiękniejszy sen czy rzeczywistość. Dziewczyny kolejno odwoływały swoje wcześniejsze zeznania obciążające Justina. Blondyn stał ze spuszczoną głową, nie cieszył się. Wiedział teraz, że mu się poszczęści, ale on nie chciał tego? Widziałam to. Chciał ponieść karę za to, co robił. Modliłam się w duchu, by nie palnął czegoś bardzo niemądrego przy mowie końcowej. Na szczęście przeprosił, przeprosił te dziewczyny, które skrzywdził. Wyznał, że bardzo żałuje, że dał się zmanipulować Ianowi.
Sąd wziął to pod uwagę. Po przeszło dwugodzinnej rozprawie wyszliśmy z Justinem na korytarz. Wolni. Rzuciłam mu się na szyję, oplatając nogami jego pas. Wiedziałam, że to nieodpowiednie zachowanie jak na to miejsce, ale byłam tak szczęśliwa jak jeszcze nigdy. Teraz już mogło być tylko lepiej.


Zmierzaliśmy do wyjścia ogromnego budynku, w którym mieścił się powyższy sąd napotykając na naszej drodze dziewczyny, które podzielały mój los.

- Kochanie, zaraz wrócę - powiadomił puszczając moją dłoń, którą wcześniej kurczowo trzymał. Przyspieszył kroku doganiając je, które na jego widok zatrzymały się.

- Czego jeszcze chcesz? - usłyszałam głos Belli choć stałam oparta o chłodną ścianę w dosyć wielkim odstępie.

- Chciałem tylko zapytać dlaczego? - spuścił głowę i czekał na odpowiedź, którą udzieliła mu Jenny.

- Wolność za wolność, Justin - uśmiechnęła się blado kładąc dłoń na jego ramieniu na co uniósł głowę i z pewnością odwzajemnił niewielki uśmiech. Uśmiech wdzięczności.

Podeszłam do nich obejmując plecy Justina. Musiałam stanąć na palcach, by ułożyć podbródek na jego ramieniu.

- Dziękuję - szepnął jakby sam do siebie patrząc na oddalającą się grupkę.

Stał bez ruchu, bez słowa jeszcze długą chwilę. Ja sama też nie zdobyłam się na odwagę, by cokolwiek w tym momencie mówić, by wyrwać go z głębokich rozmyślań.

- Wracajmy do domu - złapał za moją dłoń, której wierzch pocałował.

Minęły trzy miesiące od pamiętnej rozprawy. Dzisiaj czwarty czerwca. Dzień jak każdy inny... Tak przynajmniej się wydawało.

- Co to do cholery ma znaczyć?! - do naszej wspólnej sypialni wparował Justin, trzymając w ręce stertę jakiś papierów. Z początku nawet nie skojarzyłam, co by to mogło być.

- O czym ty mówisz? - na jego widok podniosłam się z łóżka, na którym do tego momentu leżałam zaczytana w lekturę. Jego widok mnie poważnie zmartwił, dawno nie widziałam go w takim stanie. Podeszłam do niego chwiejnym krokiem zauważając łzy spływające z jego cudownych oczu. - Kochanie... - ułożyłam dłoń na jego policzku, ścierając spływające po nim strużki łez.

- Kiedy miałaś zamiar mi powiedzieć? - strącił moją dłoń, a ja przeraziłam się nie na żarty. O czym on mówi? - próbowałam przyjrzeć się papierom, które trzymał w ręce, ale nie mogłam dostrzec, a co dopiero przeczytać jednego słowa.

- Przejdź do rzeczy. Mam dosyć tych zagadek! - uniosłam głos poirytowana całym zajściem.

Obserwowałam jego załamaną twarz i dopiero teraz zaczęłam kojarzyć fakty. Jest czwarty czerwca. Dzisiaj przecież miały przyjść pocztą wyniki moich badań, które robiłam po kryjomu przeszło dwa tygodnie temu. Dreszcze przeszły po moim ciele. Wzdrygnęłam się na samą myśl, co może w nich być, ale bardziej obawiałam się tego ile Justin zdążył przeczytać, bo widząc po otwartej kopercie to właśnie uczynił. Byłam zła. Jak osa.

- Jak mogłeś! Jak mogłeś otworzyć tą pieprzoną kopertę! To moje prywatne sprawy, nie miałeś prawa! - zrobiłam krok do przodu i wyrwałam z jego rąk kilkanaście kartek, które miały zaważyć o moim dalszym życiu. Oczy zaszły mi łzami.

- Shannon - szepnął chcąc mnie przytulić. Odskoczyłam jak oparzona.

- Nie chcę cię widzieć - mówiłam przez zaciśnięte zęby. - Wyjdź stąd - wzięłam kilka głębokich oddechów i czym prędzej weszłam do dużej łazienki połączonej z sypialnią. Zamknęłam drzwi na klucz po czym się po nich osunęłam. Pozwoliłam łzom wypłynąć.

Bałam się do tego zajrzeć. Wiedziałam, że jest źle, ale nie wiedziałam jeszcze jak bardzo...



Przebudziłem się dzisiaj wczesnym rankiem. Ku mojemu zaskoczeniu czułem się wyspany. Przekręciłem się ostrożnie na prawy bok uważając, by nie obudzić mojej księżniczki, która przyklejona była do moich pleców. Teraz leżałem przodem do niej.
Była taka piękna i niewinna kiedy spała. Pogłaskałem kciukiem jej dłoń, a ta zaczęła się wiercić, próbując wygodnie ułożyć. Zarzuciła nogę na mój brzuch i oblizała spierzchnięte wargi nie otwierając przy tym oczu. Uśmiechnąłem się pod nosem na sam widok. Przymknąłem na chwilę oczy, by pomyśleć, ale widocznie mi się przysnęło.


Przed oczami ukazał mi się widok uśmiechniętej od ucha do ucha kobiety mojego życia. Była zdecydowanie starsza, a na rękach trzymała dziecko. Zdecydowanie był to chłopiec. Płakał... mocno, ale Shannon jakby się tym nie przejmowała.

- Justin! - zawołała nie dostrzegając mnie. Podszedłem do niej przyglądając się chłopcu. Zastanawiałem się kim on jest i co robi na jej rękach.

- Jednak po całości nie wdał się we mnie - uśmiechnęła się się dumnie. - Kiedy krzyczy robi tą samą minkę, co Ty - zaśmiała się melodyjnie, podając mi syna? Tak, zdecydowanie.

Wziąłem go na ręce, okręcając się dookoła. Jego płacz po chwili ustał. Uśmiechnąłem się pod nosem zadowolony sam z siebie.

- Max - zwróciła się do dziecka, naszego dziecka. - Teraz kolej na tatusia - odgarnęła dłonią jego króciutkie włoski z czoła po czym je musnęła. Obserwowałem bacznie jej rozpromienioną twarz. Była cholernie szczęśliwa, a ja widząc ją taką podzielałem jej uczucia. Czekałem na odpowiedni moment po czym skradłem jej buziaka, na którego zarumieniła się słodko odchodząc w kierunku kuchni.



Piękny sen przerwał mi uporczywy dzwonek od domu. Przekląłem pod nosem czym prędzej wstając z łóżka, żeby ten czasem nie obudził brunetki. Chwyciłem za szary dół swoich ulubionych dresów po czym szybko wciągnąłem spodnie na tyłek. Pospiesznie opuściłem sypialnię i zbiegłem po schodach prawie łamiąc sobie przy tym nogi. Skierowałem się do drzwi wejściowych, przy których znajdowały się dwa monitory, ukazujące obraz z kamer porozmieszczanych na naszej posiadłości. Zerknąłem w lewy, dolny róg monitora, na którym ukazana była poddenerwowana twarz listonosza. Mimowolnie zaśmiałem się na widok zniecierpliwionego faceta. Wcisnąłem odpowiedni klawisz, a drzwi od posiadłości otworzyły się. Za to ja otworzyłem zamknięte na klucz ciężkie drzwi wejściowe i wyszedłem na zewnątrz wcześniej jednak przyozdobiłem bose stopy w pierwsze lepsze klapki. Wyglądałem dziwacznie, wiem.

- Dzień dobry - podszedł do mnie listonosz, szukając czegoś w swojej dużej, dziwacznej torbie. Ja w tym czasie odpowiedziałem mu tym samym.

- Polecony dla pani Shannon Collins - odczytał powoli jakby co najmniej nie dowidział przez okulary, których musiał dzisiaj zapomnieć. - Jest w domu? - dodał po chwili przyglądając mi się jakby mnie kojarzył tylko nie wiedział skąd.

- Tak, jeszcze śpi - odpowiedziałem z nutką żalu w jego stronę. Gdyby nie on to i ja dalej bym spał. Powróciłem myślami do swojego nietypowego snu i zapragnąłem, by stał on się rzeczywistością.

- Niestety nie może pan odebrać za nią listu... chyba, że jest pan jej mężem? - zapytał jakby retorycznie.

- Już niedługo - wymruczałem pod nosem, a widząc zdezorientowaną minę listonosza dodałem. - Och... Nie da się z tym nic zrobić? Shannon to moja dziewczyna i nawet nie wyobrażam sobie budzić ją o tak wczesnej porze - widząc nieprzekonaną twarz faceta, który wykonywał tylko swoją pracę zaczynała mnie irytować. - Wie pan jakie są kobiety...

- Niestety - uśmiechnął się niepewnie.

- Może mi pan zaufać. Dostarczę list i nie będzie problemu. Shannon z pewnością nie miałaby nic przeciwko.

- Dobrze - zgodził się w końcu. - Robię to tylko przez męską solidarność. Wiem jakie baby są nieznośne kiedy wstaną lewą nogą - przywołał w głowie jakby obraz swojej żony i wzdrygnął się na samą myśl. - Prosiłbym tutaj o podpis. Nazwiskiem dziewczyny oczywiście - wskazał mi miejsce, a ja pospiesznie złożyłem podpis, mając dość tej konwersacji. Wręczył mi dużą, brązową kopertę po czym żegnając się odszedł w kierunku samochodu obklejonego naklejkami o treści FEEDEX. Zdecydowanie był to samochód firmowy.

Obracając kopertę w dłoniach jeszcze przez chwilę stałem przy bramie wjazdowej od domu. Już miałem zamiar odczytać adresata, ale zauważyłem grupkę paparazzich, robiących mi zdjęcia. Westchnąłem cicho po czym udałem się do środka. Zamknąłem za sobą drzwi i samowolnie zerknąłem na monitor z obrazem ukazującym naszą sypialnię. Shannon akurat poirytowana układała sobie poduszkę po chwili ponownie się na niej kładąc. Zachichotałem. Niepohamowana ochota bycia blisko niej pokierowała moje nogi do wcześniej wspomnianego pomieszczenia. Na schodach, prowadzących na górę zerknąłem na adresata.


Cedars-Sinai Medical Center,
Los Angeles


Zatrzymałem się zdziwiony po czym usiadłem na jednym ze schodków otwierając kopertę. Wiedziałem, że nie powinienem tego robić, ale byłem przekonany, że to jakaś pomyłka. Tak bardzo się pomyliłem, czytając treść listu. Niepohamowany gniew pomieszany ze strachem o najbliższą mi osobę wypełnił moje ciało.

- Proszę... To nie może być prawda - mruknąłem, a pojedyncze krople skapywały na wyniki badań, mocząc je. Przetarłem oczy zwinnym ruchem wstając. Miałem zamiar wszystko wyjaśnić. Łudziłem się, że dziewczyna zapewni, że nie ma z tym nic wspólnego, że pomylili nazwiska. Szybkim krokiem udałem się do sypialni, w której Shannon leżała zaczytana w lekturę.

- Co to do cholery ma znaczyć?!



Zdiagnozowali złośliwy nowotwór serca - tylko tyle udało mi się wyciągnąć ze stery kartek, których treści i tak nie rozumiałam. Te lekarskie formułki. Koniecznie musiałam zadzwonić i umówić się z wizytą u mojego prowadzącego lekarza. Byłam przerażona. Podejrzewali to u mnie od miesięcy, ale były to tylko podejrzenia. Już wtedy się martwiłam... nie o mnie, a o Justina. Jak on da sobie radę, kiedy mnie zabraknie?

Podniosłam się z zimnych płytek spoglądając w lustro. Wyglądałam strasznie przez rozmazany makijaż. Wszystko wina łez. Wyjęłam z szafki nawilżane chusteczki po czym starannie zmyłam resztki makijażu. Opłukałam jeszcze twarz zimną wodą po czym dokładnie się wytarłam. Kiedyś musiałam wyjść z łazienki...

- Miało cię tutaj nie być - powiedziałam o dziwo stonowanym, miłym głosem. Złość ze mnie uszła na widok chłopaka siedzącego na podłodze. Plecy opierał o łóżko, a twarz schowaną miał w kolanach. Nie trudno było domyślić się, że nawilżał swoje oczy. - Nie możesz płakać, musisz mnie wspierać. Płacz niczemu nie pomoże. Tylko pogorszy sprawę - stwierdziłam siadając obok niego patrząc w przestrzeń przed sobą. Kątem oka dało zauważyć się, że podniósł głowę. Czułam na sobie jego przeszywające spojrzenie.

- Od kiedy wiesz? Od kiedy wiesz o... - chyba sądził, że to słowo przejdzie przez jego gardło z łatwością. Pomylił się.

- Od kiedy wiem o tym, że umieram? To chciałeś powiedzieć? - odparsknęłam, a on nie zdobył się na żadne słowo. - Podejrzewano to już kiedy byliśmy razem w szpitalu - na samą myśl o tamtych wydarzeniach przysporzyłam się o gęsią skórkę. - Dzisiaj po prostu to potwierdzili - wielka gula pojawiła się w moim karku, nie pozwalająca mi nic więcej powiedzieć.

- Ty nie umrzesz! Przynajmniej jeszcze nie teraz. Zobaczysz! Jeszcze będziesz bawić się z naszymi wnukami - mówił to tak, jakby w to naprawdę w to wierzył. Ja dawno już przestałam robić sobie złudne nadzieje. Nie chciałam się rozczarować.

- Justin nie mów w ten sposób. Rozczarujesz się - ostrzegłam go spoglądając w końcu na jego zmarniałą twarz. - Wstawaj - powiedziałam wcześniej sama to robiąc, podałam mu dłoń, którą niepewnie uścisnął. - Wiem, że jest ci ciężko, ale przez resztę czasu, który mi pozostał chcę oglądać jak się uśmiechasz, a nie ryczysz i użalasz nade mną - wytarłam kciukami świeże łzy, które nie zdążyły jeszcze utworzyć małych rzeczek na jego policzkach. - Okej? - zapytałam z nadzieją.

- Nie dam rady - odpowiedział pociągając nosem. Widząc moją niezadowoloną minę zmienił zdanie. - Postaram się.

Uśmiechnęłam się w ramach podziękowania po czym musnęłam jego mokre usta, które smakowały strasznie słono. Znałam przyczynę.



*


Och... Jestem tak strasznie PODEKSCYTOWANA, ale również obawiam się Waszej opinii, ale oddałabym wszystko, by jednak była szczera.

Różnie bywało z pisaniem tego rozdziału. Raz dłonie nie odrywały się od klawiatury, a zaś tym drugim siedziałam podpierając głowę o stolik, patrząc z naburmuszoną miną w monitor. Było ciężko, ale mam nadzieję, że dałam radę i spełniłam Wasze oczekiwania.


JA NAPRAWDĘ WRÓCIŁAM... WOW.
(jeszcze sama w to do końca nie mogę uwierzyć)



Tagi: .
09.11.2015 o godz. 22:33

SUPRISE!


Długo nad tym myślałam i doszłam do wniosku, że chcę wrócić, ale czy mam dla kogo?

Ten blog wiele dla mnie znaczył i wchodząc tutaj kilka dni temu od przeszło dwóch lat uświadomiłam sobie, że dalej jest.

Kocham to robić, kocham pisać i pomimo okropnie długiej przerwy myślę, że podołam doprowadzić tą historię do końca. Choćbym miała pisać do jednego odbiorcy to będę to robić. Dla Niego i przede wszystkim dla siebie.

Zdaję sobie sprawę, że wiele zmieniło się od tamtego czasu, kiedy pisałam. Dziewczyny czytające mojego bloga pewnie już wydoroślały i mają inne rzeczy do robienia niż przesiadywanie na BLOBLO, poniektóre też wyleczyły z miłości do Justina, ale czasem warto chyba powrócić do tego, co było kiedyś. Ja to zrobiłam i nie żałuję.

Dawno zapomniany przeze mnie Justin odżył we mnie. Znowu słucham Jego utworów z tamtego okresu czasu, które towarzyszą mi przy tworzeniu 17 rozdziału, który będzie miał za zadanie rozbawić, ale również wzruszyć do łez. DA RADĘ?


Pozdrawiam,
BELIEVE-IN-LOVEE.


Tagi: .
08.11.2015 o godz. 14:31

BLOG ZAWIESZONY


Przepraszam, że tak długo nie dawałam znaku życia, ale ostatnio wiele się działo i nie miałam zbytnio czasu, chęci na napisanie nowego rozdziału, a jak już chciałam to złapał mnie jakiś cholerny zastój, brak weny. Mam nadzieję, że to zrozumiecie no i oczywiście do napisana! :)


Jeszcze raz przepraszam,
BELIEVE-IN-LOVEE.


Tagi: .
29.04.2013 o godz. 21:29

PRZEGRAŁAM ŻYCIE - 17




Uśmiechnęłam się na samą myśl o gorącej kąpieli, wygodnym łóżku i głębokim śnie, od którego nikt dzisiaj nie będzie wstanie mnie odciągnąć. Wtedy w samochodzie jeszcze nie wiedziałam jak bardzo, co do dzisiejszych planów się pomylę.


Oparta o chłodny, marmurowy parapet jednego z pokoi w przeogromnym lecz przytulnym domu Justina w Los Angeles czułam się nieswojo. Za nic w świecie z głowy nie mogły wylecieć mi myśli, wspomnienia powiązane z ostatnimi wydarzeniami. Strasznymi wydarzeniami. Powracając myślami kilkanaście dni wstecz ponownie odczuwałam ból, strach i obawę. Nie mogłam zapomnieć, ale mówi się, że ciosy od życia i bolesne doświadczenia pomagają nam dorosnąć. Czy na pewno? Najgorsze w tym wszystkim było to, że za wszystko co się stało obwiniałam wyłącznie siebie. To straszne uczucie wiedząc, że przez ciebie skrzywdzono tyle osób. Tyle niewinnych, bezbronnych osób.

- Przyniosłem ci kilka ubrań, twoich ubrań - do pokoju wtargnął Justin. Akurat ścierałam pojedyncze łzy z policzków. Moje samopoczucie sięgnęło zera. Miałam wrażenie, że jestem na dnie, a to w dodatku na jego szczycie. - Co jest? - widząc, że nie mam zamiaru odwrócić się w jego stronę, szybko odstawił ciuchy i podszedł do mnie. Odwróciłam się. Nie chciałam, żeby wiedział, że płakałam. Przez ostatnie lata doświadczyłam tylu złych rzeczy, że miałam już dosyć słuchania słów pocieszenia czy wsparcia. - Mała... - szepnął łapiąc mnie w talii, odwracając w swoją stronę.

Dłońmi zasłoniłam twarz, łudząc się, że tym razem odpuści. Nie zrobił tego. Delikatnie zdjął dłonie z mojej twarzy. Czując jego dłonie na swoich gdzieś w środku poczułam się naprawdę bezpieczna. Bezpieczna tylko i wyłącznie przy jego boku, w jego obecności. Spuściłam wzrok, ale blondyn nie dał za wygraną. Uniósł mój podbródek zmuszając do tego, żebym na niego spojrzała. Ułożył dłoń na moim policzku, drugą zaś nie spuszczał z wysokości mojej talii. Wpatrując się w jego czekoladowe tęczówki, tak bardzo cieszyłam się, że mam go dla siebie, ale na jak długo? Rok, dwa? Może miesiąc czy tydzień? Nie wiedziałam tego, ale w końcu zrozumiałam, że muszę wykorzystać każdą setną sekundy, każdą chwilę. Leżąc na łożu śmierci nie chcę żałować, żałować czegoś, czego nie zrobiłam.

- J-justin - wyjąkałam, pociągając nosem, a kolejne stróżki łez polały się z moich oczu, chłopak przecierał tylko kciukiem mój zmoczony polik. - Ja... przepraszam - dodałam, odgarniając niedbale kosmyki włosów z twarzy.

- Ćśśś - uciszył mnie, przyciągając do siebie. Czując jego żelazny uścisk, z którego absolutnie nie chciałam się wyswobadzać uświadomiłam sobie, że jeszcze komuś na mnie zależy, że nie jestem sama na tym świecie. W duchu dziękowałam mu za to, że był, jest i mam nadzieję będzie. - Zawsze już będę przy tobie, nigdy cię nie zostawię - odezwał się po chwili wprost do mojego ucha.

Przeszły mnie przyjemne dreszcze, które najprawdopodobniej wyczuł, bo kiedy się od niego odsunęłam, by ponownie zgubić się w jego oczach blado się uśmiechnął. Uwielbiałam patrzeć jak te kąciki ust unoszą się ku górze, tworząc najpiękniejszy uśmiech świata. Pokochałam tego chłopaka. Nie za to kim był, a za to co zrobił, a zrobił bardzo wiele - sprawił, że w końcu jestem szczęśliwa.

- Nie obiecuj, że mnie nie zostawisz. Po prostu nie mów nic i zostań - odparłam, zaciskając dłonie w pięści na jego granatowej koszulce w serek.

Uśmiechnął się delikatnie, ukazując rząd swoich białych, równych zębów. Odwzajemniłam gest, ale nie był do końca szczery. Czułam się okropnie. Świadomość, że za niedługo go zwyczajnie stracę wprawiała mnie w zły nastrój. Tak bardzo chciałam się zestarzeć przy jego boku. Odnosiłam wrażenie, że przegrałam życie.
Nie mam bladego pojęcie ile tak staliśmy, wpatrzeni w siebie. Dla nas czas w tym momencie stanął, wskazówki zegara zatrzymały się. Byliśmy tylko my, upajający się tą chwilą.

- Justin? - szepnęłam, ledwo się słysząc. On usłyszał, bo przybrał zaciekawiony wyraz twarzy. - Powiedz że wytrwamy, że przeżyjemy każdą słabość - mówiłam szeptem, wpatrując się w jego usta, które przyciągały moje.

- Tak będzie, księżniczko - uśmiechnął się szczerze, całując moje czoło. Zachichotałam pod nosem, odrywając się od chłopaka.



Oderwała się ode mnie i wyminęła, zabierając skompletowany zestaw i tak po prostu weszła do łazienki. Usłyszałem jedynie dźwięk przekręcanego zamka w drzwiach, a po chwili odgłos lejącej się wody. Była tak niepoprawnie idealna. Sprawiła, że czułem się jakbym co najmniej latał, jakby moje życie było cudownym snem. Ona za to dla mnie była marzeniem, ale czy nieosiągalnym? Pytanie, które nurtowało mnie już od dawna, a ja nadal nie znałem odpowiedzi, ale czy wkrótce to się zmieni?
Kolejną minutę przesiedziałem na jej łóżku, czekając aż opuści łazienkę. Bawiłem się dłońmi, kiedy moja głowa zaprzątana była tysiącami myśli, których nie potrafiłem stosownie uporządkować. Dzisiaj walentynki. Bardzo chciałbym zabrać gdzieś dziewczynę...w miejsce gdzie kończy się rzeczywistość.
Wyszła. Nie mogłem oderwać od niej wzroku. Miała na sobie czarne leginsy, które idealnie podkreślały jej długie, szczupłe nogi. Biały, cienki sweterek z ozdobnym zamkiem na plecach. Stopy przyodziały czarne lity, które dodały jej kilku centymetrów. W dłoni zaś trzymała uchwyt czarnej, ćwiekowanej po bokach torebki. Włosy spięła w niedbałego kucyka u wierzchu głowy. Jej mocno podkreślone oczy z początku spoglądały na mnie, ale widząc, że nie mam zamiaru odciągnąć od niej wzroku speszona podeszła do kredensu, z którego zabrała książkę. Widząc to, oprzytomniałem.

- Oszalałaś? Zabieram cię w pewne miejsce, jeszcze sam nie wiem dokładnie gdzie, ale zabieram - mówiłem zamyślony.

Nachyliłem się i zabrałem książkę z jej delikatnych dłoni, odstawiając z powrotem na miejsce.
Podniosłem się z łóżka, podchodząc do kremowych drzwi, dzielących sypialnię dziewczyny z mini korytarzem. W ich framudze uśmiechnąłem się szczerze, odwracając do niej przodem.

- W szafie znajdziesz kurtki. Załóż jakąś, bo zamarzniesz. Czekaj tutaj na mnie. Pójdę się tylko ogarnąć i wychodzimy
- poinformowałem, opuszczając pomieszczenie, przymykając za sobą drzwi.

Wpadłem do siebie jak poparzony w poszukiwaniu jakiś odpowiednich ciuchów na dzisiejszy, chłodny dzień. Padło na szare rurki, które opuściłem w kroku. Biały t-shirt, a na niego zarzuciłem bejsbolówkę w odcieniach szarości. Na głowie wylądowała czarno-żółta czapka vans'a. Ułożyłem sobie włosy na żelu po czym spryskałem się jeszcze ulubionymi perfum.
Zapukałem kilkakrotnie na drzwi, a słysząc cichy pomruk oznaczający, że mogę wejść uśmiechnąłem się pod nosem po czym pchnąłem drzwi, a te ustąpiły.
Zabrała z łóżka jeansową kurtkę z czarnymi, skórzanymi rękawami po czym założyła ją na siebie, idąc w moją stronę. Patrząc na nią, serce biło mi o wiele szybciej.


Jechaliśmy już ponad godzinę, a Justin nawet nie raczył poinformować mnie dokąd. Cała droga przeminęła mi na wlepianiu wzroku w szybę, obserwując zmieniający się krajobraz. Od czasu do czasu zamieniliśmy ze sobą kilka zdań. Nic więcej.
Mogłam spodziewać się po nim, że zabierze mnie do drogiej restauracji, w której absolutnie nie będę czuć się komfortowo, patrząc na tych wszystkich ważniaków śpiących na pieniądzach. Ja nie miałam ani grosza. Sama... bez pieniędzy, na obcym kontynencie jednak w pełni szczęśliwa. Wariatka - często myślę o sobie w ten sposób.
Kiedy zaparkował i już miał zabierać się za otwieranie drzwi jego białego ferrari zwyczajnie złapałam go za dłoń, prosząc o zmianę miejsca, w którym mamy zjeść obiadokolację.

- Przecież to najlepsza restauracja w Los Angeles - zdziwił się, przekręcając dziwacznie głowę na bok.

- Wiem, że się starałeś, ale wolę zjeść w cichym miejscu bez tylu cholernie ważnych ludzi, którzy na pewno są w środku - wskazałam oświetlony, szklany budynek.

Westchnął cicho, opierając głowę o kierownicę, intensywnie się nad czymś zastanawiając.

- W pobliżu jest jedynie McDonald - spojrzał na mnie, przymrużając oczy, a widząc mój szeroki uśmiech pokręcił głową z niedowierzaniem, odpalając silnik.

Z głową przekręconą do tyłu, wycofał. Nachyliłam się, dając mu całusa w polik, na którego tak słodko się zarumienił. Zaśmiałam się, włączając radio. Zatrzymałam na utworze Margaret - Thank you very much. Podśpiewywaliśmy sobie, a dobry nastrój panował przez całą dwudziestominutową podróż.
Widząc tłumy w McDonaldzie obydwoje ustaliliśmy, że podjedziemy pod McDrive. Złożyliśmy zamówienia, odjeżdżając kawałek pod kolejne okienko, w którym je odebraliśmy. Justin ułożył jedzenie na moich kolanach po czym z piskiem opon odjechał z podjazdu, zwracając na siebie znaczną uwagę ludzi w pobliżu. Obrzuciłam go zabójczym spojrzeniem, ponieważ mało brakowało, a oblałabym się przez niego coca-colą. Mógł przynajmniej uprzedzić. Kretyn. Mój kretyn.




Siedzieliśmy w samochodzie, wpatrując w rozciągający się przed nami przepiękny krajobraz Los Angeles rzucony z góry. Znajdowaliśmy się na jednym z wyższych wzgórz L.A. Kompletnie sami. Nie powiem, że mnie tym nie zaskoczył. Było cholernie romantycznie. W tle leciała spokojna muzyka puszczona z jednej płyt Justina.

- Dziękuję za to, że mnie tutaj zabrałeś - powiedziałam, odstawiając na bok już pusty, papierowy kubek po coca-coli.

- Daj spokój. To nic takiego - spojrzał na mnie jak jeszcze nigdy. Od jego samego wzroku zawstydziłam się. Zaśmiał się melodyjnie. Uwielbiałam jego śmiech. - Nie ważnie gdzie, ważne z kim - dodał po chwili, przybliżając się do mnie.

Oblizałam wargi, widząc jak dzielą nas jedynie centymetry. Czułam jego miętowy oddech na swojej skórze. Czułam zapach jego perfum. Zapach, przy którym nie umiałam się skupić i myśleć, ale nie przeszkadzało mi to. Zapragnęłam jego bliskości, więc tym razem ja pochyliłam głowę ku niemu, a dzieląca nas odległość zanikła, kiedy nasze usta zetknęły się. Przez całe moje ciało przebiegły tysiące dreszczy. Pierw delikatne musnął moje usta, odrywając się na kilka milimetrów, patrząc mi w czy. Zagryzłam wargę, spoglądając na niego zaszklonymi oczami.

- Tylko mi nie płacz - szepnął, chwytając moją twarz w swoje dłonie, ponownie złączając nasze usta, lekko muskając się wargami.

Oderwaliśmy się od siebie, uśmiechając zadziornie. Usiadłam na jego kolanach. Jego ręce spoczęły na mojej talii, przyciągając jeszcze bliżej siebie. Moje ręce owinęły mu się na szyi, a palce wplotłam w jego gęste włosy. Z czasem nasze wargi zaczęły ze sobą współpracować, całowaliśmy się coraz namiętniej. Bardziej rozchyliłam wargi, na co odpowiedział mi głębokim, ognistym pocałunkiem. Trwaliśmy tak złączeni aż mogłoby wydawać się, że można usłyszeć syk unoszącej się z naszych ciał pary. Kiedy chciał się cofnąć, przytrzymałam go ustami. Nie chciałam opuszczać tej pięknej krainy, do której zawędrowałam dzięki niemu - chciałam aby ta chwila trwała wiecznie.



*


Uff. Udało mi się coś napisać, podoba się? Proszę o szczere komentarze! (:


Tagi: .
19.03.2013 o godz. 14:21

MIŁOŚĆ AŻ PO ŚMIERĆ - 16


(...) W tym samym momencie zdałam sobie sprawę z tego, że za te kilka miesięcy, kiedy przyjdzie mi umrzeć nie zobaczę więcej Justina, że to będzie ostateczny koniec naszej wspólnej historii.


Siedziałam na skraju łóżka, dopiero co wróciwszy z łaźni. Po gorącym prysznicu w nie za ciekawych warunkach szpitalnych jednak poczułam się lepiej. Naszła mnie nieodparta ochota zobaczenia Justina, a czując się na siłach, postanowiłam go jeszcze dzisiaj odwiedzić. Musiałam jedynie czekać aż upierdliwa pielęgniarka wyjdzie z sali.
Czekałam i czekałam, sięgnęłam nawet po jakieś czasopismo, które leżało na mojej szpitalnej szafce. Przeglądając te sterty bzdur natknęłam się na artykuł o Justinie informujący, że ten przebywa w szpitalu. Chciało mi się śmiać czytając, co tam wypisywali. Tak zmyślonej bajeczki jeszcze nie miałam okazji przeczytać. Kompletnie nie znali przyczyny, dlaczego Bieber tutaj przebywa, a w tym komicznym artykule było podane kilka powodów, każdy tak bardzo odbiegał od prawdy...
Odłożyłam czasopismo rozbawiona, spoglądając dyskretnie na miejsce, w którym przebywała pielęgniarka. Westchnęłam cicho, kładąc się na łóżku, na plecach. Wpatrzona w sufit, rozmyślając nad swoim życiem, usnęłam.


Szłam pośrodku ruchliwej ulicy w centrum Nowego Yorku, mijałam znane mi budowle, restauracje, wiecznie zabieganych przechodni. Słyszałam głośne trąbienia klaksonów w moim kierunku. Śmiałam się sama do siebie, słysząc te wszystkie wyzwiska kierowców rzucane w moją stronę, przez opuszczone szyby samochodów. Była wiosna, sam zapach świeżo kwitnących drzew i kwiatów dawał to do zrozumienia. W oddali zauważyłam czekającą na mnie postać. Wytężałam wzrok, by tylko ujrzeć kto to, ale dzieliła nas zbyt wielka odległość. Zaczęłam biec, wszystko straciło kolory, zaczęło się rozmazywać. Zatrzymałam się, rozglądając na boki zdezorientowana. Wszystko powoli zanikało, przeniosłam wzrok na postać przede mną, była tak wyraźna, przymrużyłam oczy odsuwając się na krok w tył, by aż tak nie raził mnie jej blask. Kiedy przyzwyczaiłam oczy do światła ujrzałam tuż przed sobą twarz Justina, nie uśmiechał się, jego oczy nie błyszczały, nie wyrażały żadnych uczuć. Szybko to się zmieniło, kiedy tylko się odezwał.

- Nie potrafiłbym żyć bez ciebie, Shannon - jego aksamitny głos ocucił moje ciało.

- O czym ty mówisz? - zapytałam, stojąc z nim twarzą w twarz, podziwiając te szkliste, pełne iskierek oczy.

- Dlaczego mi wcześniej nie powiedziałaś? Wszystko potoczyłoby się inaczej, nie dałbym prowadzić ci tego cholernego samochodu! - widząc moje zdezorientowane spojrzenie, wskazał dłonią rozbity samochód, a raczej jego pozostałości, które sprzątali strażacy. Wzdrygnęłam się na sam widok.

Poczułam jego dłoń na swojej, spletliśmy nasze palce. Mimo wszystko uśmiechnęłam się delikatnie, spojrzawszy na kamienny wyraz twarzy Justina. Wiedziałam, że miał do mnie żal. Po chwili staliśmy przy szczątkach drogiego auta Justina. Na rozgrzanym asfalcie przez popołudniowe słońce można było zauważyć kałuże krwi. Naszej krwi?

- Co tutaj się stało? - zapytałam jednego z przechodniów, ciągnąc za sobą chłopaka.

Nie odpowiedział, nawet nie spojrzał w naszą stronę. Kompletne zero. Podirytowana szturchnęłam go ramieniem, przepadłam przez jego ciało. Rozszerzyłam oczy, a szczęka mimowolnie opadła w dół. Just widząc moją minę roześmiał się.

- Nas już tutaj - okręcił się wokół - nie ma - dodał. Jego słowa wstrząsnęły mną. Oddaliliśmy się na kawek od mężczyzny.

- Czy ja... Z-zabiłam c-cię? - jąkałam się, pociągając nosem. Nie nadążałam za ścieraniem potoku łez z policzków, więc pozwoliłam im swobodnie spływać, skapując na ziemię.

- Ćśśś - uciszył mnie, przytulając mocno do siebie. - Teraz będziemy razem już po wieczność, nikt ani nic nas nie rozdzieli. Miłość aż po śmierć, kochanie - wyszeptał, gładząc moje włosy.


Obudziłam się zalana potem. Uświadomiłam sobie, że był to tylko sen. Odetchnęłam z ulgą. Co to miało znaczyć? To było takie... dziwne, cholernie dziwne.
Zauważając, że w sali jestem sama, zerwałam się z łóżka, przeczesując w drodze włosy, przyprowadzając je do ładu zmierzałam ku drzwiom. Szłam oświetlonym korytarzem, otwierając kolejno drzwi od sal w poszukiwaniu Justina. Mijałam wielu załamanych, schorowanych ludzi. Patrząc na ich cierpiące twarze, przypomniałam sobie ostatnie dni. Dni, których nie uda mi się za wszelką cenę wymazać z pamięci. Wspomnienia te będą towarzyszyć mi już do końca, pójdą ze mną w parze poprzez życie. Resztę życia.


Wpatrując się w jego piękną, łagodną twarz, ułożoną na jednej z płaskich poduszek, zmorzoną przez spokojny sen, objawiający się przez płytki oddech zrozumiałam, że jest dla mnie najważniejszy. Był bowiem jedyną, bliską osobą, której w pełni mogłam zaufać. Zwierzyć się. Nigdy nie pomyślałabym, że ja - zwyczajna fanka, rozpaczliwie szalejąca za swoim idolem przeżyje z nim tyle chwil, któremu zawdzięcza swoje życie, do którego żywi niesamowite uczucie, które jest jedyną podpórką w ciężkich chwilach. Gdzieś w podświadomości wiem, że uczucie to jest odwzajemnione przez blondyna. Wiem, że mam dla kogo po prostu być.
Odeszłam od łóżka, podchodząc do zasłoniętego przez cienkie, szare zasłony okna. Jednym, zamaszystym ruchem odsłoniłam je sprawiając, że do ponurego, zaciemnionego pomieszczenia wdarły się ciepłe promienie słoneczne, budzące chłopaka.
Uśmiechnęłam się delikatnie, widząc jak Justin przeciera zaspaną twarz dłońmi. Byłam pewna, że do tej pory mnie nie zauważył. Podeszłam do niego od tyłu, zabierając jego dłonie z twarzy, nachylając się nad jego uchem, do którego szepnęłam ciche "Dzień dobry". Odwrócił głowę w moją stronę na dźwięk mojego głosu. Kąciki jego ust uniosły się ku górze na mój widok, na przemian spoglądałam w jego oczy i usta, które prawie się ze sobą stykały. Zagryzłam wargę, biorąc głęboki oddech. Odsunęłam się, znacznie zwiększając tym odległość pomiędzy nami.

- Co tutaj robisz? - zapytał, przekrzywiając głowę, wpatrując się we mnie z uśmiechem na ustach. Odwzajemniłam gest.

- Postanowiłam cię odwiedzić - odparłam, nie mogąc napatrzeć się na jego twarz. Była tak idealna, pomimo zmęczenia, które dało zauważyć się gołym okiem. - Jak tam? - dodałam szybko, otrząsając się przy tym spuszczając wzrok.

- Dobrze, a u ciebie? Mama opowiadała, że kiedy przyszła cię odwiedzić, dusiłaś się. To coś poważnego? Zrobili ci już te badania, o których pisałaś w poprzednich listach? - wypytał, podnosząc się z pozycji leżącej. Po chwili już siedział, bawiąc się dłońmi, na których skupiłam swoją uwagę, by nie móc okłamać go patrząc prosto w oczy.

- U mnie tak samo. Jest świetnie. Czuję się wspaniale - mówiłam, wykazując sztuczny entuzjazm.

- A więc co ci dolega? W końcu bezpodstawnie, by cię tutaj nie przetrzymywali - zapytał, przyglądając mi się podejrzliwie.

- Ja... No tak... Zdiagnozowali u mnie zapalenie płuc. Nic takiego - zaśmiałam się sztucznie. Na głupsze kłamstwo wpaść nie mogłam. Kompletna idiotka ze mnie.

- Czy aby na pewno jedynie zapalenie płuc? Mama widocznie zbytnio wszystko wyolbrzymiła, opowiadając swoją wizytę u ciebie.

- Naprawdę. Czuję się dobrze jak na człowieka, funkcjonującego ze świadomością, że pozostało mu niewiele czasu, by zdążyć urzeczywistnić wszystkie swoje marzenia. Czuję się dobrze jak na człowieka, który ma raka - oczywiście zachowałam to dla siebie. Nie mogłam mu tego powiedzieć. Dlaczego?
To proste. Nie chciałam być przez niego szczególnie traktowana przez to, że jestem śmiertelnie chora. Nie chciałam, żeby cokolwiek, co zrobi było kierowane litością i użalaniem się nade mną. Chciałam normalnego traktowania. Czy to tak wiele?


Dziś 14 luty. Walentynki. Minęło dokładnie 10 dni odkąd przywieźli nas do szpitala. Wraz z Justinem otrzymaliśmy dzisiaj z niego wypis. Tyle, że Justin już bezpowrotny, a ja byłam umówiona z lekarzem na kolejną dawkę badań, o których Justin nie mógł się za nic w świecie dowiedzieć. Wychodząc z budynku natknęliśmy się na masę paparazzich, czyhających przed szpitalem. Nie wiem jak i nie wiem skąd dowiedzieli się, że właśnie dzisiaj, właśnie teraz Justin Bieber wyjdzie ze szpitala.
Ochroniarz Justina torował nam drogę do samochodu, a Justin trzymający moją dłoń bez słowa szedł za olbrzymem, ciągnąc mnie za sobą. Pattie szła za nami. Bardzo w ciągu ostatnich dni się zżyłyśmy, traktowałam ją jak ciocię? Tak. To chyba najlepsze określenie. To ona pierwsza zaproponowała, żebym u nich zamieszkała. Z początku wydawało mi się to absurdalnym pomysłem, bo co ludzie powiedzą? Przed oczami od razu pojawiły mi się okładki gazet z informacją o tym, że Justin Bieber znalazł sobie dziewczynę, która poleciała na jego sławę i kasę, zamieszkując z nim. Absurd. Jednak Justin przemówił mi do rozsądku. Powtarzał, że nieważne co ludzie mówią... ważne, że my wiemy jak jest naprawdę. Musiałam przyznać mu rację jednak bałam się, że przeze mnie będzie miał kłopoty u swojego menadżera, że fanki uwierzą prasie i odejdą od Justina. Gnębił mnie ten temat.
Justin dżentelmeńsko otworzył przede mną tylne drzwi czarnego, wyglądającego na drogie samochodu. Podziękowałam, usadawiając się wygodnie na skórzanych siedzeniach. Justin wsiadł, zatrzaskując za sobą drzwi. Pattie z ochroniarzem, który posłużył jako kierowca zajęli przód.
Przeniosłam wzrok na szybę, przez którą obserwowałam zmieniający się krajobraz. Pola, lasy, osiedla, jeszcze pozamarzane jeziora, po których stąpały pojedyncze okazy ptaków usilnie szukających pożywienia.

- Hej - poczułam dłoń Jusa na swoim policzku, odwróciłam głowę w jego stronę z pytającym wyrazem twarzy. - Co jest? - zapytał, szybko dodając - I nie zaprzeczaj, bo przecież widzę, że coś jest nie tak. Wiesz, że mnie możesz powiedzieć o wszystkim.

- Jest w porządku, Justin - kolejne kłamstwo, które padło z moich ust. Tak naprawdę nic nie było okej. - Jestem po prostu zmęczona. Za ile będziemy? - zmieniłam szybko temat.

- Dziesięć minut - usłyszałam głos Kenny'ego z przodu. Uśmiechnęłam się na samą myśl o gorącej kąpieli, wygodnym łóżku i głębokim śnie, od którego nikt dzisiaj nie będzie wstanie mnie odciągnąć. Wtedy... w samochodzie jeszcze nie wiedziałam jak bardzo, co do dzisiejszych planów się pomylę.


*


Co jest z Wami? 17 komentarzy przez przeszło miesiąc nieobecności? :'( To przeze mnie? Gorzej piszę? Czy Wam się po prostu nie chce komentować?


Tagi: .
16.03.2013 o godz. 07:58

OSTATECZNY KONIEC NASZEJ WSPÓLNEJ HISTORII - 15


(...) Chciałabym usłyszeć to z jego ust, wymierzone w moją stronę. Czułam się tak cholernie dumna, w końcu on może mieć każdą, ale nie każda może mieć jego.


Nawet nie zdajesz sobie sprawy, co teraz dzieje się w mojej głowie. Tysiące myśli zawzięcie ze sobą walczących. Mam po prostu dosyć życia, mojego życia. Wszystko, co miałam - straciłam, ale o tym kiedy indziej... Brakuje mi Ciebie, kogokolwiek. Całymi dniami i nocami towarzyszy mi cholernie irytująca pielęgniarka, mam gorzej. Ile dałabym, żeby tata był tutaj ze mną... a Twoja mama po prostu się martwi. Na jej miejscu postąpiłabym tak samo... ma tylko Ciebie, zrozum. To bardzo miłe z jej strony, że chce mnie odwiedzić, jednak mam nadzieję, że nie tylko po to, żeby się dowiedzieć czegoś więcej, bo ty milczysz jak grób na ten temat. Co ze mną, tak? Szczerze nie wiem i nie zważam już tak bardzo na to, co się ze mną stanie... czy do końca będę leżeć w łóżku szpitalnym czy umrę już teraz, zaraz, wiesz... Jeżeli okażę się, że to moje ostatnie chwile, tygodnie czy miesiące - nie będę płakać. Z uśmiechem na ustach opuszczę ten świat wiedząc, że do samego końca ktoś taki jak Ty był przy mnie - całym ciałem, sercem. Dziękuję, Justin. Mam tylko Ciebie, bo mam, prawda?

Ja Ciebie też,
Shannon.


Kartkę zgięłam w pół i odłożyłam na metalową szafkę przy łóżku, długopis i zeszyt schowałam pod poduszkę i wygodnie ułożyłam się na łóżku, okrywając po samą szyję kołdrą, która nie zatrzymywała ciepła. Trzęsłam się choćbym dostała jakiegoś ataku. Miałam wrażenie, że podczas wydychania powietrza zaraz z moich ust wydobędzie się para. Było mi tak zimno. Poprosiłam o dodatkowy koc.



- Justin! Do cholery. Jestem Twoją matką, powinnam wiedzieć co wyprawia się w Twoim życiu. Staczasz się! Nie mogę bezczynnie siedzieć i patrzeć z boku na to, co ze sobą robisz - kolejny wykład z mojej strony. Nie rozumiałam go. Odkąd ukończył osiemnaście lat nie uczestniczę biernie w jego życiu tak, jak było dotychczas, a on robi co tylko mu się spodoba przez co przysparza sobie wiele kłopotów.
- Nie masz prawa dyktować jak mam żyć. Nie muszę Ci o niczym mówić. Słyszysz? - uniósł głos, a ja z dezaprobatą pokiwałam głową.
- Martwię się.
- Zupełnie niepotrzebnie. Ze mną wszystko w porządku - zapewnił. Dalej mu nie wierzyłam. Pierwszy raz miałam problem z zaufaniem mu.
Wykańczała mnie ta cholerna niewiedza, ta bezradność i bezsilność. Nie mogłam nic zrobić, nie mogłam mu pomóc chociaż tak bardzo chciałam, ale on nie chciał mówić, nie chciał mnie do siebie dopuścić. Zamknął się w sobie.
- Widzę, że nasza rozmowa nie ma sensu. Myślałam, że jesteś dojrzałym mężczyzną, Justin. Ogromnie się myliłam, dalej zachowujesz się jak dziecko, myśląc tylko o sobie - mówiłam głosem przepełnionym żalem i troską? Tak, zdecydowanie to była troska i towarzyszący jej strach... strach o własne dziecko. Widząc, że nie ma zamiaru nic od siebie dodać, podniosłam się z niewygodnego krzesła, na którym siedziałam przy łóżku syna.
Opuściłam jego salę z zamiarem pójścia do bufetu. Byłam zmęczona tym wszystkim, jedynie kawa mogła postawić mnie na nogi.
Zajęłam stolik przy ścianie, kilka par oczu było wpatrzone we mnie. Nie zwracałam na to uwagi, przywykłam. Po kilku minutach podeszła do mnie przemiła kasjerka, którą miałam okazję poznać kilka dni temu, kiedy przyszłam tutaj po raz pierwszy. Była dwa lata starsza ode mnie, wysoka blondynka z okrągłymi, przyciemnianymi okularami na nosie, które przysłaniały jej duże, piwne oczy.
- I jak? Co z nim? - przysiadła się do mojego stolika, stawiając na nim dwie kawy.
- Och... - westchnęłam głośno. - Przeczuwam, że to co się stało miało na niego przeogromny wpływ, to już nie ten sam chłopak. Zamknął się w sobie, nie dopuszcza mnie do siebie, nie chce mojej pomocy. Woli w tym wszystkim siedzieć sam - mówiłam, upijając łyk gorącego napoju. - Z Shannon... - dodałam, odstawiając kubek na szklany, kwadratowy stoliczek, przyozdobiony w różnokolorowe kwiaty i serwetki.
- Daj mu czas. Zobaczysz, że sam prędzej czy później ci o wszystkim opowie - uśmiechnęła się pocieszająco, odwzajemniłam uśmiech rozglądając się po niewielkim pomieszczeniu. Prawie nikogo nie było, dlatego Jessica mogła pozwolić sobie na odejście od kasy. - Shannon to ta dziewczyna, którą Justin poznał przez lato, tak? - tym pytaniem zbiła mnie z tropu.
Ona musiała przecież wiedzieć coś więcej. Była tak samo wplątana w to jak Justin. Musiałam z nią pogadać i to jak najszybciej.
- Tak, tak... to ona. Przepraszam Jessica, ale muszę już zmykać. Pójdę do niej. Skoro Justin nie raczy mówić na ten temat to od niej coś wyciągnę. Przynajmniej mam nadzieję - na szybko upiłam spory łyk kawy, zanurzając dłoń w torebce, zawieszonej na krześle w poszukiwaniu portfela.
- Daj spokój. Na koszt firmy - zaśmiała się cicho. - Idź już, zaraz kończą się godziny odwiedzin.
Obdarzyłam ją wdzięcznym uśmiechem, podnosząc się z krzesła. Zabrałam kremową torebkę dopasowaną do moich kremowych botek na niewielkim obcasie. Odwróciłam się, słysząc z jej ust ciche "powodzenia". Zawiesiłam na ramieniu torebkę, którą do tej pory trzymałam w ręku. Szłam pustym korytarzem, słysząc jedynie dźwięk obcasów, stukających o parkiet.
Zatrzymałam pielęgniarkę wychodzącą z sali któregoś z pacjentów. Zapytałam o Shannon Collins, a ta bez problemu zaprowadziła mnie pod salę 201, w której leżała. Podziękowałam i niepewnym krokiem weszłam do środka. Rozejrzałam się po ponurym pomieszczeniu. Spała na ostatnim łóżku. Podeszłam bliżej, spoglądając na jej zmarniałą twarz. Usiadłam na krześle przystawionym do jej łóżka. Na szafce zauważyłam kartkę, zgiętą w pół. Pewnie list od Justina lub do niego. Ciekawiło mnie niesamowicie, co na nim jest. Sięgnęłam po niego, ale w ostatniej chwili zabrałam rękę. Co ja robię? To ich prywatne sprawy. A co jeśli znajdę tam odpowiedzi na wszystkie nurtujące mnie pytania? Korzystając z okazji, że w sali byłam sama, a Shannon spała... zabrałam ten list, chowając do torebki. Nie chciałam go teraz czytać. Mógłby przecież ktoś wejść albo dziewczyna mogłaby się budzić... i to był dobry ruch, ponieważ nastolatka zaczęła się przebudzać. Kiedy otworzyła oczy, przywitałam ją ciepłym uśmiechem.
- Jak się czujesz? - zapytałam, próbując ją podejść.
Owszem kiedy latem Justin mi ją przedstawił wydawała się być naprawdę miłą, dobrą dziewczyną. Nie wiedziałam jednak czy dalej mam ją za taką postrzegać. Przecież to ona mogła wciągnąć Justina w to całe niewiadome bagno.
- Dobrze, dziękuję - zasłaniając usta dłonią kaszlnęła kilkakrotnie. - Mogłaby pani podać mi chusteczki? - zapytała nie odrywając dłoni od ust, przez co nie zrozumiałam jej za pierwszym razem.
- Pewnie - odpowiedziałam, nachylając się nad szafką, z której przed chwilą zabrałam świstek papieru. Zabrałam paczkę chusteczek, podając dziewczynie. Ta wyciągnęła niechlujnie jedną z nich, przystawiając do ust. Powtórzyła kilkakrotnie czynność, którą od chwili powstrzymywała, a ja mogłam obserwować jak biała chusteczka przybierała czerwony kolor. Wzdrygnęłam się na sam widok. Shannon odwróciła się do mnie plecami, krztusząc się. Podniosłam się z krzesła, kładąc dłoń na jej ramieniu.
- Pójdę po lekarza - powiedziałam pospiesznie, przerażona.
Pokiwała głową przecząco. Nie wiedziałam co robić. Nie potrafiłam patrzeć na to, jak się męczy. Widząc, że nie potrafi złapać oddechu pośpiesznym krokiem wyszłam z sali na korytarzu wpadając na lekarza. Wytłumaczyłam mu co się dzieje, a ten szybkim krokiem, wołając pielęgniarkę wszedł do sali dziewczyny, mnie karząc zostać przed.
Cierpliwie czekałam. Mijały kolejne minuty i nawet nie zapowiadało się na to, że opuszczą w najbliższym czasie pomieszczenie, w którym leżała. Mozolnym ruchem wyjęłam z torebki list, który jej ukradłam? Nie wiem czy mogę to nazwać kradzieżą, miałam zamiar później odłożyć go na swoje miejsce lub przekazać Justinowi. Rozwinęłam kartkę, zaczynając czytać. Sam początek listu, wydawał mi się być straszny. Taki ciężar spadł na tak młodą dziewczynę. Wiadome, że nie mogła nic na to poradzić. Zadziwiło mnie to, że pisali o mnie? Justin się skarżył z tego, co wywnioskowałam po odpowiedzi dziewczyny - "Twoja mama po prostu się martwi".



- Musimy poważnie porozmawiać - lekarz przysiadł na krześle obok, przecierając twarz dłońmi. Spojrzałam na niego zaciekawiona tym, co zaraz miałam usłyszeć. - Nie łatwo mi przekazywać takie wieści, tak młodej dziewczynie, która ma przed sobą kilkadziesiąt lat życia - oblizał spierzchnięte usta, przenosząc wzrok na moją twarz. - Która miałaby... - odszepnął, poprawiając.
- O co chodzi? Co mi jest? - wypytałam, podnosząc się delikatnie na łokciach.
Bałam się tego, co miałam zaraz usłyszeć. Nie potrafiłam przejść obok tego obojętnie. Oczy zaszkliły mi się, jednak nie pozwoliłam łzom ujrzeć światło dzienne. Pociągnęłam nosem, przenosząc przemęczone oczy na usta lekarza, które ułożyły się w podkowę. - Hmm? - upomniałam się o odpowiedź.
- Masz złośliwy nowotwór serca. Musimy zrobić kolejną serię badań - pokiwałam przecząco głową, przecierając oczy.
- Ile mi zostało? - zapytałam szczerze nie dowierzając, że takie pytanie, zupełnie nieświadomie padło z moich ust.
- W większości przypadków dominują nowotwory niezłośliwe, np. włókniaki i śluzaki. Nowotwory złośliwe występują rzadziej i wiążą się z bardzo złym rokowaniem, ty... - nie dałam mu dokończyć, powtarzając pytanie. - Najczęściej pacjent umiera w przeciągu roku od rozpoznania.
- Nie wierzę... wcześniej zdarzały mi się tylko pojedyncze omdlenia, nic poza tym... to nie może być rak! - podniosłam głos, odgarniając z twarzy włosy.
- Zdarza się, że objawy te pojawiają się nagle - wtrącił.
Przełknęłam ślinę, pytając czy da się z tym coś zrobić.
- Z odpowiedzią na te pytanie musi pani jeszcze trochę poczekać. Musimy wykonać odpowiednie badania na to, aby przekonać się czy nowotwór jest złośliwy czy też nie. - uśmiechnął się pocieszająco, a ja przeniosłam wzrok na blady sufit. - Czy może w pani rodzinie ktoś chorował na serce? Miał raka? - zapytał przerywając panującą między nami ciszę.
- Tata - szepnęłam. - Miał raka - dodałam, a przed oczami pojawiła mi się scena na tarasie.


- Kocham cię tato - kąciki ust uniosły mi się ku górze.
Wtuliłam się w jego ciało, poczułam się jak mała dziewczynka. Niegdyś w jego ramionach czułam się taka bezpieczna. Był jedynym mężczyzną w moim życiu i za nic w świecie nie chciałam tego zmieniać.
Tak... ale wtedy byłam małym bachorem, nie mogącym się do końca nawet poprawnie wysłowić przez brak poniektórych zębów.
- Ja ciebie też córciu - odpowiedział, śmiejąc się cicho.
Niechętnie odsunęłam się od niego, wpatrując w niebo. Kiedyś robiliśmy to całymi dniami, śmiejąc się wniebogłosy, mówiąc sobie co przypominała nam dana chmura. Chciałabym powrócić do tamtych lat, niestety... czasu cofnąć się nie da.
Ojciec potowarzyszył mi przez chwilę. Stając, chwycił się za serce, opadając z powrotem na krzesło. Przestraszona zerwałam się na równe nogi.
- Tato... Co Ci jest?


Nawet nie spostrzegłam jak moje policzki w ułamku sekundy na samo wspomnienie zalały się łzami. W tym samym momencie zdałam sobie sprawę z tego, że za te kilka miesięcy, kiedy przyjdzie mi umrzeć nie zobaczę więcej Justina, że to będzie ostateczny koniec naszej wspólnej historii.



*


Teraz rozdziały nie będą pojawiać się tak, jak dotychczas - często. Mam w planie ogarnąć swoje życie, a nie zajmować się czyimś...


Dziękuję Wam za to, że byłyście, jesteście i mam nadzieję będziecie ♥


Tagi: .
13.02.2013 o godz. 14:00

PRZYSZŁOŚĆ, KTÓRA PRZERAŻA MNIE CORAZ BARDZIEJ - 14


(...) Słysząc syreny nadjeżdżającego pogotowia oderwałam się od dziewczyny szybko wstając, co nie było dobrym pomysłem. Przed oczami pojawiły się mroczki. Zakręciło mi się w głowie, upadłam.


Przebudziłam się z potwornym bólem głowy pośród czterech, obskurnie białych ścian. Leżałam na niewygodnym łóżku po pas okryta równie białą kołdrą. Przymrużałam oczy, spoglądając na bladożółty sufit, raził mnie blask lamp. W pomieszczeniu było cholernie zimno, a może tylko ja tak odczuwałam? Delikatnie przekręciłam głowę na prawo - stały tam trzy łóżka, puste łóżka. Po lewej zaś stronie napotkałam biurko, a za nim ścianę. Świadczyło to o tym, że w sali nie leży nikt poza mną. Oblizałam spierzchnięte usta, przenosząc wzrok na szpitalne drzwi. Czekałam aż ktoś w końcu wejdzie i poda mi szklankę wody, a ja zatopię w niej spragnione usta.
Leżałam w bezruchu kilkanaście, może kilkadziesiąt minut. Kąciki moich ust minimalnie podniosły się ku górze układając w delikatnym, prawie niezauważalnym uśmiechu. Do pomieszczenia pewnym krokiem wszedł facet około trzydziestki w białym fartuchu, co wskazywało na to, że jest on lekarzem. Zza niego wyłonił się drobnej postury policjant. Nie trudno było zgadnąć zważywszy na jego mundur. Wzięłam głęboki oddech, zamykając oczy. Czułam, że czeka mnie długa rozmowa. Chciałam jej uniknąć, więc udawałam, że śpię choć byłam pewna, że doskonale o tym wiedzieli.
- Jak się czujesz? - zapytał lekarz, podchodząc do mojego łóżka. Mogłam wywnioskować to po ilości kroków jakie postawił od drzwi.
Otworzyłam gwałtownie oczy. Przed oczami pojawiła mi się twarz lekarza, nachylającego się nade mną. Przestraszyłam się. Kiedy uspokoiłam oddech odpowiedziałam, mijając się z tematem.
- Co z Justinem?
Pan Jeffrey jak udało mi się odczytać z plakietki zwisającej z jego szyi przeniósł wzrok na policjanta, stojącego w drzwiach. Skinął on głową, a lekarz udzielił mi odpowiedzi.
- Czuje się lepiej, wiele ci zawdzięcza - na jego słowa, uśmiech rozpromienił moją twarz.
- Rozmawiał pan z nim? - wypytałam ciekawa, a równocześnie szczęśliwa.
- Tak. Chciał cię odwiedzić, ale to zbyt wcześnie. Powinien jeszcze poleżeć i odpocząć, więc kazał w jego imieniu podziękować tobie - roześmiał się. - Pan Harry Hetfield chciałby zamienić z tobą kilka słów na osobności. Jesteś gotowa? - z twarzy znikł mi uśmiech, nie byłam gotowa na taką rozmowę, ale nie chciałam tego na marne odwlekać. Pragnęłam mieć już to za sobą, więc czym prędzej przytaknęłam. - Mógłbym jeszcze coś dla ciebie zrobić? - zapytał przemiłym głosem, wpatrując się z zaciekawieniem w kartę pacjenta przyczepioną do mojego łóżka.
- W sumie to tak - odpowiedziałam zdając sobie sprawę z tego jak mój głos strasznie brzmi. Był cholernie zachrypnięty i drażliwy dla uszu. Lekarz przeniósł wzrok na mnie i ułożył usta w uśmiech i patrzył wyczekująco. - Wody - odpowiedziałam krótko po chwili dodając - kartkę i długopis - odgarnęłam włosy z twarzy, podciągając się na łokciach do pozycji półleżącej. Ułożyłam się wygodnie, przygotowując na poważną i coś czuję wcale nie krótką rozmowę.
- Proszę - odrzekł podając mi kubek z wodą, którą ulał ze zbiornika w kącie pomieszczenia. Posłałam mu wdzięczny uśmiech, a on powiadamiając mnie w drzwiach o tym, iż kiedy będę chciała mogę przerwać zeznania. Skinęłam głową na znak, że rozumiem odchylając głowę do tyłu. Na same wspomnienia oczy zaszły mi łzami. Usłyszałam trzask zamykanych drzwi... wyszedł. Za to do łóżka zbliżył się policjant, zabierając po drodze krzesło, na którym usiadł. Z kieszeni wyjął dyktafon, włączając nagrywanie.
- Nazywam się Harry Hetfield i przejąłem waszą sprawę. Mogłabyś opowiedzieć mi jak to wszystko wyglądało? Od samego początku, jak się zaczęło?
Upiłam łyk wody w głowie układając sobie sensowne zdania, którymi mogłabym rozpocząć...
W trakcie opowiadania nie mogłam pohamować łez, które jak opętane spływały po policzkach. Co chwilę pytał czy nie chcę przerwać. Nie mogłam. Nie chciałam. Na myśl o tym, że jeśli teraz przerwę będę musiała opowiadać całość jeszcze raz. Chciałam tego za wszelką cenę uniknąć. Chciałam zapomnieć.



Nie wiem od czego zacząć, Justin. Może od tego, że się przywitam, więc... cześć. Piszę ten list głównie ze względu na to, iż chciałam dowiedzieć się od Ciebie czy wszystko z Tobą w porządku. Jak się czujesz? Lekarze zapewniają, że nic Ci nie jest. Nie ufam im. Widziałam w jakim stanie byłeś, nie mogło Ci się od tak polepszyć. Tylko proszę... bądź ze mną szczery. Martwię się. W dodatku nie mogę Cię odwiedzić. Mają zrobić mi jakieś badania, nie wiem co się dzieje, nie chcą mi powiedzieć. Mówią, że "to jeszcze za szybko, by potwierdzić nasze podejrzenia". Jakie podejrzenia? Justin... boję się.
Nawet nie wiesz, jak bardzo chciałabym się teraz do Ciebie przytulić i trwać tak po wieczność.


Liczę na odpowiedź,

tęsknię, Twoja Shannon.


Minęło kilka dni odkąd nas tutaj przywieźli. Martwiłam się o Justina, więc postanowiłam napisać powyższy list i dowiedzieć się co u niego. Nie był to zły pomysł. Choć nie mogliśmy siebie odwiedzać, przynajmniej znaleźliśmy sposób w jaki mogliśmy ze sobą komunikować. Polegało to na tym, że list, który napisałam dałam pielęgniarce czy lekarzowi, a oni mieli przekazać go Justinowi.

Od tych nieszczęsnych kilku dni, w których myślałam, że wszystko się ustabilizuje zaczęło dziać się ze mną coś niepokojącego. Nieustanny kaszel z domieszką krwi, gorączka w dodatku silne bóle w obrębie klatki piersiowej. Nie miałam pojęcia, co jest nie tak, a lekarze bronili się od odpowiedzi na nurtujące mnie pytania. Prawda. Czy oczekiwałam zbyt wiele?



W godzinach popołudniowych nudząc się, oczekiwałam odpowiedzi ze strony Justina, która do tej pory nie nadeszła. Ja w tym czasie zdążyłam przejść serię badań, które i tak były dopiero początkiem. Bałam się ich wyniku. Cholernie się bałam, bo to musiało być coś poważnego, inaczej w mojej sali nie siedziałaby 24 godziny na dobę pielęgniarka, nie spuszczająca ze mnie oczu swoją drogą bardzo mnie tym irytując.
Leżałam, wpatrując się w sufit. W ten sposób spędzałam większość wolnego czasu. Drugą opcją była lektura, jednak po raz trzeci nie zamierzałam czytać tej samej. Dużo też czasu poświęcałam na rozmyślanie o mnie, Justinie, Londynie, o przyszłości, która przerażała mnie coraz bardziej.
Powieki powoli się zamykały, zasypiałam. Wtem do sali wszedł pan Jeffrey, a ja automatycznie rozbudziłam się, podnosząc na łokciach do pozycji siedzącej. Z uśmiechem wręczył mi list po czym podał zeszyt i długopis z metalowej szafki, na której owe rzeczy leżały. Zadał kilka rutynowych pytań na temat tego jak się czuję. Zapewniłam, że wszystko ze mną w porządku, chociaż nie byłam co do tego do końca przekonana. Od rana nie ustępowały mi zawroty głowy, niewielkie, ale zawsze. Na szczęście od dobrej godziny czułam się lepiej.
Długo wpatrywałam się w starannie zwiniętą w pół kartkę. Drżącymi palcami rozwinęłam ją, a w oczy rzuciło mi się staranne, koślawe pismo Justina. Uśmiech rozpromienił moją twarz. Spięłam włosy w wysoką kitkę aby te nie przeszkadzały mi w czytaniu.


Shannon... Proszę... mną się nie przejmuj. Czuję się lepiej, co nie znaczy, że dobrze. Cholernie boli mnie głowa i czasami mam ochotę zwymiotować, ale jakoś daję radę. Mama ciągle u mnie przesiaduje, nawet nie wiesz jak mnie denerwuje swoim wypytywaniem o dosłownie wszystko. Przepraszam, że tak długo zajęła mi odpowiedź na Twój list. Niestety próbując pisać go przy matce, ta ciekawska od razu chciała go przeczytać, nie mogłem się skupić. Wykorzystałem moment, w którym poszła do bufetu. Nie chciałem, żeby go czytała. Mam tak wiele Ci do powiedzenia. Jednak zacznę od pytania, na które masz mi udzielić szczegółowej odpowiedzi - Co Ci jest? Co się dzieje? Jak się czujesz? Boję się o Ciebie. Cholernie. Postaram się odwiedzić Cię w najbliższym czasie, kiedy tylko uda mi się wybłagać lekarza. Z resztą dzisiaj na pewno nie będzie Ci się nudzić. Mama mówiła, że wpadnie do Ciebie, nie będziesz przecież całymi dniami siedzieć sama. W dodatku chce porozmawiać... proszę nie mów jej nic o tym zdarzeniu, bo nie da Nam spokoju. Nie chcę tego rozpamiętywać, chcę zapomnieć. Tak będzie najlepiej chociaż będzie to trudne. Rozmawiała ze mną policją, z Tobą też? Mówili mi, że ta sprawa będzie dogłębnie rozpatrywana przez sąd... wiesz co to oznacza? Pójdę siedzieć, ty nie masz się o co martwić. Zabiłaś, ale w obronie własnej - uwzględnią to, a co ja mam na swoje usprawiedliwienie? Nic. Zapewne wiesz o co chodzi... Byłem i nadal jestem potworem, który skrzywdził tyle niewinnych ludzi. Chciałbym cofnąć czas i postąpić całkowicie inaczej, niemożliwe...
Księżniczko ja też tęsknię. Jeszcze trochę i się zobaczymy. Wtedy nie wypuszczę Cię ze swoich objęć. Tak wiele Ci zawdzięczam. Nie wiem jak Ci dziękować. Słowa to za mało. Zdecydowanie.


Na dole w prawym rogu znajdował się napis kilkakrotnie przekreślony, a za nim po przecinku jego imię. Próbowałam odczytać go kilkanaście minut. Niezmiernie mnie to ciekawiło. Doszłam do tego, że zaczynał się na "K" pośrodku z pewnością było samo "h", a najprawdopodobniej przedostatnią literą było "i". Nie musiałam długo nad tym główkować. Kocha mnie?! Przecież to tak wiele zmienia, nie spodziewałam się. To był potężny szok z mojej strony. Nie wierzyłam własnym oczom. Justin Bieber zakochał się w zwyczajnej Shannon Collins? To niemożliwe, a zarazem niesamowite. Dwa słowa, dziewięć liter, a jak potrafią uszczęśliwić człowieka. Humor samoczynnie mi się poprawił. Chciałabym usłyszeć to z jego ust, wymierzone w moją stronę. Czułam się tak cholernie dumna, w końcu on może mieć każdą, ale nie każda może mieć jego.



*


15 rozdział może pojawić się z lekkim opóźnieniem. Myślę, że dodam go jakoś do półtorej tygodnia. Czasu mi nie starcza na pisanie. Chcę się podciągnąć z nauką, bo z tym u mnie cienko. W dodatku nie mam zamiaru przez Tego bloga (który też jest oczywiście dla mnie ważny) zaniedbywać przyjaciółek. Mam nadzieję, że zrozumiecie i jakoś przetrwacie do NN.

Kocham Was,
Believe-in-lovee ♥


Tagi: .
27.01.2013 o godz. 14:57

ZWYCIĘSTWO OSIĄGNIĘTE POPRZEZ MORDERSTWO - 13




(...) Uśmiechnęłam się promiennie, kiedy wziął mnie na ręce, niosąc do jego biura. Wiele kosztował mnie ten absurdalny plan, musiałam przezwyciężyć strach, nienawiść, wstręt i obrzydzenie. Oby było warto.


Przenieśliśmy się na łóżko, zatracając w pocałunkach. Przełykając głośno ślinę zdjęłam z siebie koszulkę, pozostając w samym staniku. Chłopak siedział przyglądając się mi z zaciekawieniem, połączonym z niedowierzaniem. Wysiliłam się na uśmiech, sztuczny uśmiech, który przyozdobił moją zdenerwowaną twarz. Ręce trzęsły mi się niewiarygodnie. Pchnęłam chłopaka tak, że się położył. Usiadłam na nim okrakiem, nachylając się nad jego szyją, którą po chwili muskałam. Chwytając za skrawek jego koszulki chciałam go z niej pozbawić. Szatyn widząc, że sobie nie radzę pomógł mi ją z siebie zdjąć, uśmiechając się przy tym. Nie wiedział jeszcze co go czeka...
- Kocie, co w ciebie wstąpiło? - zaśmiał się pogardliwie, odgarniając jednym ruchem grzywkę z czoła.
- Chcę się z tobą pieprzyć, rozumiesz? - starałam się wyzbyć na jak najbardziej seksowny głos, przygryzając płatek jego lewego ucha, który nie był przyozdobiony w żaden z tuneli.
Dłonią zjeżdżając do jego krocza usiłowałam się uwiarygodnić. Odpiąwszy pierwszy guzik jego spodni, a po chwili kolejny coraz bardziej wierzyłam, że mój plan się powiedzie, a ja zdołam uratować Justina z tej męki, którą przeżywa.


Stąpając po drewnianej podłodze, kierując się wraz z Ianem do ostatnich, obskurnie podrapanych, równie drewnianych drzwi - spodziewałam się wszystkiego, ale nie tego, co za nimi ujrzałam, kiedy tylko przekroczyliśmy ich próg.
Siedział przywiązany do krzesła, brutalnie pobity z zakrwawioną twarzą i resztą ciała. Obok niego stał mężczyzna w ręku trzymający kij do bejsbola, który ze swojej matowej, żółtej barwy zmienił kolor na krwistą czerwień.
- Justin! - krzyknęłam rozpaczliwie, chcąc podbiec do niego.
Wykonawszy dwa pierwsze kroki poczułam silne ramiona oplatające moje ciało. Nie mogłam się ruszyć. Krzyczałam strasznie, płakałam przeraźliwie głośno nie odrywając wzroku od blondyna. Tak bardzo cierpiał, a ja nie mogłam nic zrobić. Byłam całkowicie bezradna w zaistniałej sytuacji. Próby wyrwania się z objęć Adamsa kończyły się niepowodzeniem.
Justin słysząc mój głos z ledwością podniósł głowę, spoglądając na mnie. Na jego twarzy wymalował się uśmiech, przepiękny uśmiech, który po chwili znikł, kiedy owy mężczyzna zanurzył dłoń w szklanym pojemniku zatytułowanym "SÓL". Nabrał całą garść białego proszku. Zszokowana wpatrywałam się w wysokiego bruneta po trzydziestce na pewno. Podszedł bliżej brązowookiego, przenosząc wzrok na Iana. Odwróciłam głowę spoglądając na to, co zrobi szatyn. Skinął głową. W tym czasie facet otworzył dłoń, z której na otwarte rany Justina opadł biały proszek. W ułamku sekundy udało usłyszeć się histeryczny krzyk wydobywający się z ust blondyna. Zacisnął zęby z bólu, próbując się uspokoić.
Krzyczałam razem z nim, płakałam razem z nim. Siedziałam pod ścianą patrząc jak opuszczają go wszelkie siły, powoli zamykał oczy otwierając je dopiero po kilku, kilkunastu minutach - mdlał. Dokładnie wtedy, patrząc na półnagiego dwudziestolatka do głowy wpadła mi myśl, z której przerodził się plan.


- Hej! - szturchnął mnie Ian, a ja otrząsnęłam się z rozmyśleń - od prawdy.
Od środka rozpierała mnie nienawiść, żądza zemsty. Wiedziałam, że albo teraz albo nigdy. Sięgnęłam z biurka grube sznurki, które kilka dni temu sobie przyszykowałam. Z wymuszonym uśmiechem złapałam za nadgarstki szatyna, przyciągając je do metalowej ramy łóżka. Nie opierał się... myślał, że chcę poeksperymentować? Ostro się zabawić? Jeszcze nie wiedział jak bardzo się myli.
Dokładnie i precyzyjnie przywiązałam jego ręce do metalowych prętów. Z nogami uczyniłam dokładnie to samo. Z powrotem usiadłam na nim okrakiem, sięgając po niewinnie wyglądającą poduszkę.
- Ostatnie życzenie? - zaśmiałam się, przymrużając oczy.
Czułam się tak doskonale, jak jeszcze nigdy w życiu. Widząc jak Ian próbuje się uwolnić śmiałam się najgłośniej jak potrafiłam. Zrozumiał co się dzieje. - Chciałabym, żebyś chociaż po części czuł to, co czułam ja i inne dziewczyny kiedy nas gwałciłeś. Chciałabym, żebyś męczył się tak, jak męczył się Justin. Jednak jakoś nad tym uboleję wiedząc, że spotkało cię coś o wiele gorszego. Śmierć Ian, śmierć - mój głos był pełen nienawiści, goryczy i rozbawienia.
- Nie zrobisz tego - powiedział chociaż z pewnością sam w to nie wierzył. Moją odpowiedzią był śmiech. Śmiałam się tak, jak robił to on kiedy zmuszał mnie do seksu, śmiałam się tak, jak on patrzący na wykrwawiającego się Justina.
Nie czekając dłużej przycisnęłam poduszkę do jego twarzy.
- To koniec - szepnęłam, dociskając niewielką poduszkę do jego twarzy, uniemożliwiając mu tym nabranie powietrza.
Wyrywał się, rzucał. Po chwili wszystkie ruchy zaczęły ustawać aż kompletnie zanikły lecz ja dalej trzymałam poduszkę dociśniętą do jego twarzy. Minęło kilka minut, ewentualnie kilkanaście kiedy z niego zeszłam. Stawał się coraz zimniejszy, był blady, a jego usta coraz bardziej siniały. Nie żył. Odgarnęłam włosy z twarzy, upuszczając poduszkę na podłogę. Dopiero wtedy poczułam jak bardzo mam mokre od łez policzki. Stałam tępo przyglądając się klatce piersiowej Iana. Nie unosiła się. Byłam w stu procentach pewna zwycięstwa osiągniętego poprzez morderstwo. Zabiłam człowieka - myśl, która nie chciała opuścić mojej głowy. Nie zasługiwał na życie, na szczęście - pocieszałam się.

W poszukiwaniu telefonu komórkowego, z którego dałoby się zadzwonić na policję i pogotowie zaczęłam przeszukiwać wszystkie szafki, kartony i inne pudła. Załamana otwierałam wszystko po kolei wyrzucając całą zawartość ze środka. W końcu znalazłam iPhona, zapewne Justina. Ach... tak! Justin! Jak mogłam o nim zapomnieć?- skarciłam się w myślach. Założyłam na siebie bluzę i czym prędzej wybiegłam z pomieszczenia, kierując się do ostatnich drzwi długiego holu, za którymi przebywał Justin. Wpadłam roztrzęsiona do środka, podbiegając do Biebsa. Był przytomny... uklękłam obok niego zaczynając uwalniać go z lin jakie przytrzymywały go do drewnianego stołka. Prawie nic nie widziałam. Cały obraz zamazywały mi łzy nieustannie wypływające z moich oczu.
- Zabiłam go - schowałam twarz w dłoniach, zanosząc się szlochem.
Nie musiałam długo czekać na wsparcie ze strony Justina, któremu z ledwością udało się mnie przytulić. Wtuliłam się w jego poharatane ciało. W jego ramionach czułam się bezpieczna choć ogromne zagrożenie zbliżało się wraz z godziną 16:00, o której miał pojawić się pomocnik Iana. Na wielkim, ściennym zegarze udało mi się dostrzec godzinę 15:40. Wzięłam głęboki oddech, przenosząc wzrok na swoje dłonie. W jednej z nich mieścił się telefon. Wybrałam numer pogotowia. Po zaledwie kilku sekundach usłyszałam przemiły głos jakieś kobiety, która przekierowała mnie na szpital. Opowiedziałam wszystko w skrócie podając ulicę, na której przebywaliśmy. Dobrze, że zwróciłam na to uwagę kiedy kilka dni temu Adams przywiózł mnie tutaj z motelu. Słysząc, że zaraz będą - rozłączyłam się.
Pomiędzy nami panowała cisza, kojąca cisza. Wtulona w jego tors wsłuchiwałam się w przyspieszone bicie jego serca. Bałam się o niego... o nas i o to, że nas rozdzielą, że pójdziemy siedzieć.
- Księżniczko - usłyszałam znad głowy jego zachrypnięty, osłabiony głos. Spojrzałam na jego wymęczoną twarz, a łzy mimowolnie stanęły mi w oczach.
- Tak, Justin? - zapytałam, pociągając nosem.
- Dziewczyny - odszepnął, a ja nie rozumiałam o co może mu chodzić.
Zaczął przymykać oczy, a ja zaczęłam panikować. Ułożyłam jego głowę na swoich kolanach, wpatrując się zmartwiona w jego okaleczoną twarz. - Nic mi nie będzie, idź do nich - udało mu się jedynie to powiedzieć przed utratą przytomności.
Zdjęłam z siebie bluzę, zwinęłam ją i ułożyłam na niej jego głowę. Pocałowałam w czoło i wybiegłam z pomieszczenia. Otwierałam wszystkie drzwi po kolei. Tylko jedne były zamknięte na klucz, którego nie miałam. Szarpałam za klamkę, słysząc za drzwiami głosy. Rozejrzałam się wokół siebie. Widząc na ziemi kawałek metalu przypominającego łom, nie zastanawiając się dłużej wzięłam go do rąk, uderzając w drzwi. Na marne. Spróbowałam inaczej, podważając je z boku. Ustąpiły, a ja odetchnęłam z ulgą.
Zdziwione spojrzenia mierzyły mnie z góry do dołu. Stałam tak... z łomem w ręku. Bały się do mnie podejść. Po chwili z płaczem upadłam na kolana. Dopiero teraz odważyły się do mnie zbliżyć. Pierwsza zrobiła to Bella. Otuliła mnie swoimi ramionami, gładząc moje włosy. Zapewniała, że będzie dobrze. Nie słuchałam jej. Ciągle powtarzałam imię Biebera, zanosząc się szlochem. Słysząc syreny nadjeżdżającego pogotowia oderwałam się od dziewczyny szybko wstając, co nie było dobrym pomysłem. Przed oczami pojawiły się mroczki. Zakręciło mi się w głowie, upadłam.



*


No więc tak... Natchnęło mnie i uwinęłam się z tym rozdziałem w przeszło godzinę. Palce nie odrywały się od klawiszy klawiatury!


Jestem bardzo zadowolona, a wręcz wniebowzięta ilością komentarzy pod ostatnimi rozdziałami. Nawet nie wiecie jaką przyjemność sprawia mi ich czytanie. W dodatku 57 obserwujących... Mogę jedynie napisać szczere DZIĘKUJĘ.


Chciałabym, żeby każdy kto przeczytał rozdział go skomentował, pozostawiając szczerą opinię. Mam nadzieję, że i tym razem mnie nie zawiedziecie ♥


Tagi: .
22.01.2013 o godz. 20:27

TO JA NAUCZYŁAM GO JAK ODDYCHAĆ... JAK ŻYĆ - 12


(...)Już wolałabym, żeby mnie zabił niżeli miałabym przechodzić przez to piekło po raz drugi.


Słysząc syreny policyjne uśmiech zagościł na mojej twarzy. Mina Iana była nad wyraz spokojna.
- Masz im powiedzieć, że to nie ty zadzwoniłaś. Inaczej sama wiesz, co się stanie - uśmiechnął się kładąc na łóżku. Poklepał miejsce obok siebie. Posłusznie położyłam się obok chłopaka. Okrył nas kołdrą, wkładając dłoń pod koszulkę Justina, którą miałam na sobie.
- Nienawidzę cię - szepnęłam mu w usta, odsuwając jak najdalej się dało.
- Udawaj, że śpisz - przyciągnął mnie z powrotem do siebie. Uderzyły mnie jego mocne aż przesadnie perfum.
Przymknęłam oczy, wsłuchując w odgłosy policjantów, przechadzających się po korytarzu. Wywnioskowałam, że wchodzą do każdego wynajętego pokoju. W końcu i za klamkę od naszych drzwi któryś z nich pociągnął, a te bez oporów otworzyły się. Udając zaskoczenie podparłam się na łokciach, odgarniając z twarzy włosy.
- Tak? - zapytałam, głos mi drżał przez co nie brzmiałam wiarygodnie.
- Przepraszam za najście, ale otrzymaliśmy dość dziwne zgłoszenie i postanowiliśmy to sprawdzić - w ciemności dało zauważyć się łagodny uśmiech policjanta.
- Nic o tym nie wiemy - wtrącił Ian kiedy ja przez dłuższy czas nie odpowiadałam.
- Na pewno wszystko w porządku? - zwrócił się do mnie. Nie mogłam się skupić. Przez głowę przechodziły mi tysiące myśli. Zastanawiałam się co odpowiedzieć. Czując jak szatyn zaciska dłoń na moim udzie, odetchnęłam głęboko, przytakując.
- Wszystko jest dobrze - odparłam, wysilając się na uśmiech.
- Skoro tak to ja już pójdę. Proszę zamknąć drzwi na klucz. Nie wiadomo kto się tu może kręcić. Motel będzie obstawiony do rana. Także bez obaw - w drzwiach jeszcze odwrócił się w naszą stronę. Ian w tym czasie objął mnie ramieniem, a ja żeby uwierzytelnić nasz rzekomy związek położyłam głowę na jego ramieniu. - Spokojnej nocy - szepnął znikając za drzwiami, zamykając za sobą.
- Spisałaś się - zaśmiał się cicho, muskając moje czoło. Odburknęłam coś pod nosem, kładąc się na łóżko. Adams wyjął z kieszeni telefon. Do kogoś dzwonił. - Przyjadę jutro z rana, bo policja obstawiła hotel... Taa, zadzwoniła... Jest okej... Jak tam Bieber?...
Słysząc jego nazwisko wyłączyłam się, serce straciło swój rytm. Miałam wrażenie, że moje głośno bijące serce zaraz obudzi całe miasto.
- Dajcie mi Justina do telefonu! - wrzasnęłam, rzucając się na szatyna, chcąc wyrwać mu telefon z ręki.
- Oszalałaś do cholery? Masz być cicho - odepchnął mnie od siebie z całych sił.
- Błagam, chcę porozmawiać z Justinem. Proszę, Ian. Tylko na chwilę. Zrobię co zechcesz tylko karz mu dać Justina do telefonu - mówiłam na skraju histerii. Niczego w tej chwili nie pragnęłam bardziej od usłyszenia jego lekko zachrypniętego, kojącego głosu.
Nie posłuchał. Nie dał mi z nim porozmawiać. Rozłączył się, odkładając telefon na półkę obok łóżka.
- Jesteś cholernym skurwielem! - krzyczałam, dławiąc się łzami.
- Zamknij się! - zasłonił mi usta ręką. Uspokoiłam się, odsuwając jego rękę z mojej twarzy. - Jeśli ja jestem skurwielem to Bieber też nim jest. Nie mówił ci, prawda? - wysyczał rozwścieczony przez zaciśnięte zęby.
- Nie mów tak o nim. On nie jest takim potworem jakim jesteś ty - odpowiedziałam pewna siebie. Jednak zastanawiałam się nad pytaniem, które zadał. Spytałam o nie, wcześniej przenosząc wzrok na rozbawionego Iana. - O czym miałby mi powiedzieć? - zapytałam, oczekując wymyślonej przez niego historyjki. Nie miałam zamiaru uwierzyć mu w ani jedno słowo. Jednak byłam ciekawa co wymyśli.
- On jest taki sam jak ja. Zanim do nas trafiłaś traktował dziewczyny tak samo jak ja potraktowałem ciebie, a fakt, że wcześniej cię coś z nim łączyło wzbudziło w nim litość? Łagodność? Wyrzuty sumienia? Dlatego nic ci nie zrobił. Oto cały Justin Bieber - wygłosił, przeczesując palcami swoje czarne jak smoła włosy.
- Łżesz! Bezczelnie łżesz! - schowałam twarz w dłoniach. Oczy wypełnione były po brzegi łzami, które zaczęły powoli spływać po zaczerwienionych policzkach.
Z jednej strony wszystko wskazywało na to, że w tym co mówił chłopak jest chociażby cząstka prawdy. Pragnęłam dowiedzieć się kim jest... a raczej był Justin lecz nie wiedziałam czy aby na pewno to zniosę. Z drugiej zaś strony Ianowi niemożna było ufać. Od dawna miał to wszystko zaplanowane.


Całą noc nie przespałam. Ciągle myślałam o troskliwym Justinie i o tym, co mówił Adams. Przecież to niemożliwe, żeby Biebs był kimś takim jak Ian. Głowa wypełniona była myślami o brązowookim - o tym jak się czuje czy wszystko z nim w porządku i jak go traktują. Chciałam być już blisko niego, wtulić się w jego ciało, usłyszeć jak zapewnia iż wszystko będzie dobrze, że to już koniec cierpienia.
- Wstawaj. Właśnie odjechali - szatyn odszedł od okna, zakładając na nagi tors jego czarną koszulkę, którą jeszcze wczoraj zdjął. Leniwie podniosłam się z łóżka. Z szafki wyjęłam cieplejsze ciuchy, które Justin przywiózł ze swojego domu. Zdziwiłam się kiedy owe ubrania były tymi, które przymierzałam przez lato w Londynie. Miałam je tylko namierzyć, żeby Justin miał pewność, że będą dobrze leżeć na jego byłej. Jak on to wtedy powiedział "Jesteście tej samej postury". Okazało się, że Caitlin była tylko przykrywką. Tak naprawdę wymyślił ten podstęp abym tylko przymierzyła te ubrania aby mógł je kupić, ale dla mnie. Miał mi je dać wtedy w Londynie, ale wyszło jak wyszło.


Szliśmy długim korytarzem, zmierzając do ostatnich drzwi, których nie dało się nie zauważyć. Były największe, najpotężniejsze. Z każdym kolejnym stawianym krokiem obawiałam się coraz bardziej tego, co mogę za nimi zastać. Bałam się jak nigdy przedtem. Żyłam ostatkami nadziei na to, że kiedykolwiek będzie lepiej. Chciałam ze sobą skończyć. Czułam, że to już czas na mnie. Ilekroć chciałam prosić Iana o wymierzenie w moje serce kulki jego czarnego pistoletu dopadał mnie strach. Nie o samą siebie, lecz o Justina. Nie mogłam go zostawić. Załamałby się. Mówił, że to ja nauczyłam go jak oddychać, jak żyć.



- Ian... - mówiłam z zadziornym uśmiechem, podchodząc do niego. Oparłam dłonie na jego klacie, po chwili zaciskając je w pięść na jego białym podkoszulku, przyciągając szatyna bardziej ku sobie. Dłońmi objął moją szyję. Ja za to wspięłam się na palce, wpijając zachłannie w jego pełne usta.
Wszystkiemu przyglądał się Justin przywiązany do krzesła. Wiedziałam dobrze co czuje, widząc nas razem. Na pewno wszyscy domyślają się, że blefuję, udaję miłość do Iana... i tak też jest. Mam plan, który kilka dni temu wcieliłam w życie. Mianowicie starając się ze wszystkich sił o względy szatyna. Miałam dosyć tej chorej historii. Pora było już ją zakończyć, a dzisiaj miałam ku temu okazję. Słyszałam nad ranem rozmowę Adamsa z jakimś facetem, który na co dzień pilnował Biebsa. Dzisiaj miał jechać do Nowego Yorku, miało go nie być co oznaczało, że miałam zostać sam na sam z Ianem.
Nadal całując się z chłopakiem włożyłam mu dłonie pod koszulkę, jeżdżąc nimi po jego torsie. Specjalnie ocierałam się o jego ciało, chcąc wzbudzić w nim pożądanie. Uśmiechnęłam się promiennie kiedy wziął mnie na ręce, niosąc do jego biura. Wiele kosztował mnie ten absurdalny plan. Musiałam przezwyciężyć strach, nienawiść, wstręt i obrzydzenie. Oby było warto.



*


Przepraszam za dłuższą nieobecność. Jakoś nie miałam za wiele ostatnio wolnego czasu, który mogłabym poświęcić na bloga. Wybaczycie? :) Starałam się, pisząc ten rozdział. Mam nadzieję, że Was zadowolił.


Dziekujędziękujędziękujędziękujędziękujędziękuję za aż 20 komentarzy pod ostatnim rozdziałem. Oby i pod tym tyle się znalazło. KOCHAM! ♥

Tagi: .
19.01.2013 o godz. 15:07

NIGDY NIE BĘDĘ TWOJA - 11


(...) Doradził mi telefon na pogotowie. Przez dłuższą chwilę zastanawiałem się co odpowiedzieć. Wtem do głowy wpadła mi genialna wymówka. Wytłumaczyłem się tym, że Shannon nie chce abym po kogokolwiek dzwonił, a tym bardziej po pogotowie


- Jej organizm jest osłabiony. Dziewczynie potrzeba porządnego snu i ciepłego posiłku. Prawdą jest, że jej ciało jest poobijane. Po oględzinach mogę stwierdzić, że została brutalnie zgwałcona. Mam nadzieję, że nie masz z tym nic wspólnego, Justin - zmierzył mnie podejrzanym wzrokiem, a ja stanowczo zaprzeczyłem. - Radziłbym ci jednak zabrać ją do szpitala, a później do psychologa - wygłosił, okrywając z powrotem jej drobne ciało okropną, staromodną, kwiecistą pościelą.
- Do psychologa? - wychwyciłem, oklapując bezradnie na niewygodne łóżko.
- Nie łatwo dojść do siebie po gwałcie. Uwierz, że zanim zostałem twoim lekarzem na wyłączność, zetknąłem się z wieloma takimi przypadkami u młodych dziewcząt. Mimo specjalistycznej pomocy terapeuty te dziewczyny w większości popełniały samobójstwa lub szukały zemsty czy też pogrążały się w używkach, byleby tylko zapomnieć. Szok, w którym żyją po prostu niszczy im psychikę - wyjaśnił, a ja spojrzałem w twarz Shannon, bezbronną, nic niewyrażającą twarzyczkę. Na jej widok aż łza zakręciła się w oku.
Wiedziałem doskonale, że jak dojdzie do siebie muszę wszystko jej wyjaśnić... zgodnie z prawdą. Nie chcę jej okłamywać. Nie mam serca ukrywać czegoś przed nią, a przede wszystkim czegoś, co miało wpływ na jej straszną, wcale tak nieodległą przeszłość. Byłem ciekaw jakim sposobem wplątała się w sidła Adamsa.
- Na mnie już czas...



Od wizyty doktora Feltona na szczęście z Shannon jest coraz lepiej. Dużo sypia, a to sprawia, że powraca do pełni życia. Czuje się na siłach. Postanowiłem wyznać jej dzisiaj całą prawdę. Siedziała po turecku na łóżku otulona w ciepły, gruby koc gdyż na zewnątrz temperatura sięgała dużo poniżej zera zaczytana w lekturę, którą jej przywiozłem z pobliskiej księgarni. Zapalona lampka na komodzie oświetlała jej skupioną twarz.
- Shannon, musimy pogadać - wyjawiłem, usadawiając się na miejscu na przeciwko niej.
Zignorowała mnie lub lektura tak ją pochłonęła, że po prostu nie usłyszała. Nachyliłem się nad nią, zamykając książkę tuż przed jej małym, zadziornym noskiem. Zmierzyła mnie nienawistnym spojrzeniem, próbując zabrać mi lekturę, oprawioną w twardą okładkę. Odłożyłem ją na miejsce obok lampki nocnej, która była naszym jedynym źródłem światła.
- Jest coś o czym powinnaś wiedzieć - wziąłem się na odwagę, zagryzając ze zdenerwowania wargi. Spojrzała na mnie niepewnie. W jej przepełnionych strachem, zielonych tęczówkach można było się zakochać.
Zdawałem sobie sprawę, że jeśli jej powiem straci do mnie zaufanie, którym jak sama powiedziała - mnie darzy. Zrobiło mi się strasznie głupio. Moje ciało ogarnął wstyd na myśl o tym, kim byłem jeszcze kilka tygodni temu zanim zakończyłem współpracę z Ianem.
Przybliżyła się do mnie, kładąc dłoń na moim ramieniu. Spuściłem wzrok. Czułem na sobie jej wyczekujące, pełne obaw spojrzenie. Stchórzyłem. Spanikowałem. Uciekłem od wyjaśnień na zdanie, które sam wypowiedziałem. Jestem cholernym tchórzem.
- Zresztą nieważne - machnąłem ręką. Odchylając głowę w tył, biorąc głęboki oddech.
Brunetka zabrała dłoń z mojego ramienia, sięgając z powrotem po książkę, w której od kilku godzin się zatracała, nie kontaktując z rzeczywistością.
- Nie sądzisz, że na dzisiaj wystarczy? Powinnaś odpocząć. Poza tym światło nie jest odpowiednie do czytania.
- Nie traktuj mnie jak dziecko, Justin - uwielbiałem słuchać, kiedy wypowiadała moje imię. Nawet wtedy, kiedy w jej aksamitnym głosie mogłem wyczuć nutkę żalu.



Zaczął się luty. Śnieg nie stopniał. Jest go jeszcze więcej. Dalej ukrywałam się w motelu przy drodze, prowadzącej do centrum NY. Justina nie ma ze mną od kilku dni. Musiał w końcu zacząć koncertować. Dzwoni codziennie po kilka razy. Przyzwyczaiłam się.


Wybiła 22:00 4 lutego. Justin jeszcze nie dzwonił. Nawet nie napisał głupiego esemesa. Żywiłam się nadzieją, że wkrótce to zrobi. Patrzyłam wyczekująco na komórkę. Czekałam na połączenie od niego. Nie nadchodziło. W głowie układały mi się same czarne scenariusze. Może już miał mnie dosyć? I tak po prostu zostawił na pastwę losu? Nie... To nie w jego stylu. Ian... W końcu mógł mu coś zrobić. Z drugiej strony ochroniarze nie odstępują pana gwiazdy na krok. Możliwe, że nie ma czasu, ale żeby nawet jednej, wolnej minuty, w której mógłby wysłać wiadomość, żebym się nie martwiła? Dziwne.


Dzielnie czekałam na jakąkolwiek oznakę życia z jego strony. Wskazówki zegara wskazywały 2:10 w nocy. Powieki zaczynały ciążyć, ale cierpliwie siedziałam na łóżku przy włączonym małym telewizorku. Słysząc dźwięk otrzymanej wiadomości wręcz rzuciłam się na telefon, leżący obok mnie.


Musisz uciekać. Ian dowiedział się o motelu.


Przeraziłam się. Wpatrywałam się w treść esemesa z rozchylonymi na dwa milimetry wargami. Moje oczy musiały wyglądać jak pięciozłotówki. To musi być jakiś niestosowny żart. Wybrałam jego numer, przystawiając komórkę do ucha. Nie odbierał. Przełknęłam głośno ślinę. Nawet nie zauważyłam, kiedy dłonie zaczęły drżeć. Pomimo złych przeczuć nie ruszyłam się z miejsca. Próbowałam dodzwonić się do Biebera. Na marne. Za którymś razem myśląc, że wydzwanianiem do niego nic nie wskóram... bardzo się pomyliłam. W słuchawce usłyszałam czyiś oddech.
- Justin? - zapytałam szeptem, zaciskając prawą dłoń na telefonie tak mocno, iż myślałam, że go zaraz zgniotę.
- To nie Justin, kochanie - usłyszałam zachrypnięty głos Iana. Momentalnie zrobiło mi się słabo.
- Co zrobiłeś Justinowi?! - podniosłam głos, a komórka o mało co nie wypadła mi z ręki.
- Nic takiego. Jeszcze oddycha - zaśmiał się głośno.
- Dzwonię na policję! - wrzasnęłam, rozłączając się.
Czym prędzej wybrałam numer policji, przyciskając zieloną słuchawkę. Słysząc pierwszy sygnał i głos kobiety, w drzwiach pojawił się szatyn z uśmiechem na ustach.
- Chyba nie zdążysz - podszedł do mnie. Jedynie udało mi się wykrzyknąć adres motelu. Nawet nie miałam pewności czy kobieta po drugiej stronie usłyszała, czy potraktowała to zgłoszenie na poważnie. - Pożałujesz - powiedział, uderzając mnie w twarz z otwartej dłoni. Telefon wypadł mi z ręki. Chwyciłam się za obolały policzek, włosy opadły mi na twarz. - Posłuchaj - usiadł obok mnie, objąwszy mnie ramieniem. Zadrżałam czując jego dotyk na swojej skórze. - Wiesz dobrze, że ja zawsze dostaję to czego chcę, a chcę ciebie - spojrzałam na niego załzawionymi oczami.
- Nigdy nie będę twoja - odepchnęłam go od siebie, wstając.
- Nawet wiesz, jak bardzo się mylisz - uśmiechnął się zwycięsko. - Jeśli chcesz, żeby nastał koniec Justina Biebera to sprzeciwiaj się dalej - dodał, a jego perfidny uśmiech nie schodził mu z twarzy. Na samą myśl o tym, że może coś stać się Justinowi wzdrygnęłam się. Po ciele przeszły zimne dreszcze.
- Proszę, nic mu nie rób - wyszeptałam, ocierając mokre policzki.
- To da się załatwić. Ja będę grzeczny i nic mu nie zrobię w zamian za to, że ty też będziesz grzeczna i nie będziesz się opierać - podszedł do mnie, chwytając jedną ręką w talii. Drugą zaś odgarnął włosy z ramienia. Sunął nosem po mojej szyi, a mnie zbierało się na wymioty. Nie opierałam się. Nie próbowałam go kopać, bić, gryźć czy jeszcze coś innego. Stałam nieruchomo z rękoma opuszczonymi wzdłuż ciała. Już wolałabym, żeby mnie zabił niżeli miałabym przechodzić przez to piekło po raz drugi.



*


Przepraszam Was! Tak bardzo przepraszam za ten beznadziejny rozdział, który w mojej "karierze" mogę ochrzcić najgorszym, ale uwierzcie... nie łatwo skupić się, kiedy wokół biega trójka dzieci, mająca niekończącą się energię. JA CHCĘ DO POLSKI ♥ (nigdy nie sądziłam, że takie zdanie padnie z moich ust.)


Chciałabym podziękować wszystkim tym, którzy przyczynili się do 5213 wyświetleń tego bloga, 48 obserwującym, a także za 15 komentarzy pod ostatnim rozdziałem. Jesteście niesamowite ♥


Tagi: .
02.01.2013 o godz. 14:17

ZASTANAWIA MNIE DLACZEGO JESTEŚ PO MOJEJ STRONIE - 10


(...) Miałem zamiar pojechać do Iana i z nim poważnie pogadać na temat naszego brutalnego interesu, z którym nie chciałem mieć już nic wspólnego.


Jechałem już prawie godzinę przy głośnej muzyce radia. Nie zważałem na ograniczenia prędkości przez co prawie nie potrąciłem grupy dzieci na pasach. Zbytnio się tym nie przejąłem, wciskając jeszcze bardziej pedał gazu. Widząc pustkę na ulicy mogłem sobie na to pozwolić. Prędkość osiągnęła 190km/h. Zauważywszy pierwsze samochody w oddali znacznie zwolniłem, unikając wypadku. Miałem szczęście, nie napotykając po drodze policji. Upiekło mi się tym razem. Z uśmiechem skręciłem w uliczkę prowadzącą do meliny. Wysiadając z auta uśmiech znikł mi z twarzy, widząc jak Peter szarpie się z Jenny. Nie przepadałem za nią, ale nie miałem serca patrzeć jak ten debil ją okłada.
- Zostaw ją i spierdalaj stąd! - wrzasnąłem, przymrużając oczy. - A ty wsiadaj do auta - skierowałem słowa do blondynki, a ta posłusznie wsiadła do samochodu.
Do budynku wszedłem zaraz za Adlerem. O dziwo hol był pusty. Od razu zmierzałem w kierunku biura Iana, w którym potrafił spędzić całe dnie. Wtargnąłem bez pukania zresztą jak zawsze. Zająłem miejsce po drugiej stronie drewnianego biurka na wygodnym fotelu.
- Już myślałem, że o nas zapomniałeś - zarzucił, przeczesując palcami włosy.
- Niedoczekanie - wysiliłem się na sztuczny uśmiech, który przyozdobił moją przygnębioną twarz.
- Chodź za mną. Muszę ci kogoś przedstawić - zaśmiał się, podnosząc z okręcanego, skórzanego fotelu. Uczyniłem dokładnie to samo.
Dłonie włożyłem do kieszeni grubej bluzy, idąc za Adamsem. Domyślałem się kogo chce mi przedstawić. Zapewne tę dziewczynę o której tyle mówił. Zaprowadził mnie do ciasnej komórki, w której panowała kompletna ciemność i głucha cisza. Jedynie słychać było głośne świsty porywistego wiatru, który przedostawał się przez niewielkie szczeliny w ścianach. W pomieszczeniu było cholernie zimno. W kieszeniach zacisnąłem dłonie w pięści ze złości. Ian zapalił światło, które oświetliło drobną postać siedzącą w kącie pokoju. Od razu podszedłem do dziewczyny. Miała spuszczoną głowę, trzęsąc się z zimna. Kucnąłem na przeciwko brunetki. Zdjąłem z siebie czarną bluzę i okryłem jej nagie nogi. W swoje dłonie schowałem jej zmarznięte dłonie. Niepewnie podniosła wzrok, a ja doznałem szoku. To była ona... dziewczyna, o której nie mogłem zapomnieć przez długie miesiące po naszym rozstaniu.
- Shannon - szepnąłem ledwo słyszalnie, zatapiając wzrok w jej przestraszonych, zielonych tęczówkach. - Czy ciebie do reszty pojebało?! Chcesz, żeby tutaj kurwa zamarzła?! Idź się leczyć. Jesteś chory! - krzyknąłem zdenerwowany, puszczając jej skostniałe dłonie i wstając z zimnej podłogi.
Podszedłem do szatyna, chwytając go za koszulkę. Ten tylko perfidnie się śmiał. Puściłem go, popychając. Poleciał na ścianę odbijając się od niej, lądując na podłodze.



Ten głos... tak znajomy... Poznałabym go wszędzie. Niepewnie podniosłam wzrok, przenosząc go na chłopaka. Wszystkie wspomnienia wróciły ze zdwojoną siłą, kiedy zatopiłam swój wzrok w jego brązowych oczach. Głowa zaczęła boleć. Skąd on się tu wziął? On ma coś z tym wspólnego? Zna się z Ianem?
Wyszeptał moje imię, a mnie przeszły dreszcze.
- Nie chcę mieć już z tym nic wspólnego. Chodźmy stąd. Szybko - podszedł do mnie, pomagając mi wstać. Kręciło mi się w głowie. Wszystko wokół wirowało.
Przechodząc obok nieprzytomnego Iana głośno przełknęłam ślinę. Kiedy się poruszył, zimny pot oblał całe moje ciało. Przyspieszyłam kroku, wymijając blondyna. Myślałam, że śnię. Przecież to takie nierealne.
Zaprowadził mnie do samochodu. Wahałam się przed wejściem, ale słysząc nawoływanie nazwiska Justina, odwróciłam się. Przed sobą wyrósł mi Ian wraz z kolegą. Chłopak z całych sił pchnął mnie. Wylądowałam w śniegu. Zaczął mnie kopać po brzuchu. Dławiłam się krwią. Widząc jak Ian mierzy we mnie czarnym pistoletem zrozumiałam, że to już koniec. Szatyn był bezlitosny. Skuliłam się połykając łzy, które bez opamiętania wypływały z oczu. Poczułam ostry ból głowy. Straciłam przytomność przed tym jeszcze słysząc strzał.



Widząc jak Peter okładał ją z każdej strony coś we mnie pękło. Czym prędzej chciałem go od niej odciągnąć, ale przerwał mi Ian, zagradzając drogę swoim ciałem. Zamachnąłem się, układając dłoń w pięść. Ian złapał za moją rękę tuż przed jego twarzą. Kolankiem uderzając mnie w brzuch. Zacisnąłem zęby z bólu, padając na kolana. Z całej siły kopnął mnie w twarz. Odleciałem na metr. Przed oczami wszystko było zamglone, straciło kolory. Podszedł do Shannon wyciągając broń, wymierzając w jej bezbronne ciało. Z ledwością udało mi się podnieść. Wszystko działo się tak szybko... Popchnąłem Iana, a ten mając już naciskać na spust zachwiał się, a lufa wycelowała w Petera. Broń wystrzeliła, a nabój trafił w brzuch blondyna. Od razu zniżył się do poziomu ziemi. Szybko podbiegłem do brunetki, schylając się. Wziąłem ją na ręce. Była nieprzytomna. Położyłem ją na tylnych siedzeniach, podając kluczyki przestraszonej Jen.
- Ruszaj! - krzyknąłem w jej stronę.
- Nie potrafię! - odkrzyknęła zdenerwowana.
- Ruszaj! - powtórzyłem, zamykając drzwi, usadawiając się w nogach mojej księżniczki.
Dziewczyna odpaliła silnik, zmieniła bieg i wcisnęła pedał gazu. Ruszyliśmy. Dobrze jej szło. Prowadziłem ją do zaprzyjaźnionego motelu, do którego sprowadzałem dziewczyny. Nikt z ekipy Iana nie wiedział o nim. Tylko tam mogliśmy czuć się bezpiecznie. W drodze próbowałem ocucić dziewczynę. Na marne. Tak cholernie się bałem... bałem się, że ją stracę. A tego bym chyba nie przeżył. Przecież to wszystko co się stało jest moją winą. Gdybym tylko przyjechał zaraz po tym jak Adams dzwonił mi z informacją, że ma nowy towar to ten niczemu winny aniołek uniknąłby tylu nieszczęść.
Jechaliśmy już przeszło godzinę. Byłem roztrzęsiony przez co źle pokierowałem dziewczynę. Zabłądziliśmy. Byłem zły na samego siebie. Chciałem zawieźć ją do szpitala. Jednak Jen szybko wybiła mi ten pomysł z głowy. Tłumaczyła, że tylko zemdlała. Nie byłem co do tego przekonany. Zapewniała, że zaraz się wybudzi. Próbowałem w to wierzyć.



Udało nam się dotrzeć do hotelu. Kładąc Shannon na łóżko nawet nie drgnęła. Przestraszony sięgnąłem po komórkę. Byłem w stanie zadzwonić po pogotowie.
- Chcesz, żeby cię przymknęli? - zapytała Jenny, wyrywając mi telefon.
- Już mi wszystko jedno! - odparłem, chowając twarz w dłoniach.
- Oszalałeś - stwierdziła, przykładając do czoła Shannon owinięty w ręcznik lód.
- Przenigdy nie pogodziłbym się z tym, gdyby coś jej się stało. Gdyby zmarła to i ja bym zmarł. Znaczy dla mnie bardzo wiele.
- Justin - przerwała mi, ale nie przejąłem się tym. Kontynuowałem, błądząc wzrokiem po ścianach.
- Ty po prostu tego nie zrozumiesz. Znaliśmy się wcześniej. Wyrządziłem jej krzywdę. Wykorzystałem ją. Ona cierpiała. Teraz cierpi przeze mnie po raz drugi. Jestem beznadziejny - mówiłem ścierając pojedyncze łzy, spływające po moich policzkach.
- Justin - powtórzyła, kładąc dłoń na moim ramieniu.
- Potrafię jedynie krzywdzić - dodałem, przenosząc wzrok na Shannon. Miała otwarte oczy. Jej zielone tęczówki, wpatrzone we mnie, wprowadziły mnie w błogi stan. Zrobiło mi się cieplej na sercu. W duchu skakałem ze szczęścia. W końcu się wybudziła. Okryłem ją kołdrą. Usiadłem na skraju łóżka, nachylając się. Odgarnąłem włosy z jej twarzy. Na mój dotyk zadrżała. Spuściłem wzrok.
- Jenny zostaw nas samych na chwilę, proszę.
Dziewczyna posłusznie wyszła z pomieszczenia.
- Shannon wiem co czujesz. Wiem też, że się boisz. Przeżyłaś piekło, ale już naprawdę nic ci nie grozi. Jesteś bezpieczna - zapewniłem.
- Dziękuję - wyszeptała osłabionym głosem. Kąciki moich ust delikatnie podniosły się ku górze. Tworząc minimalny uśmiech. Choć uśmiech niewielki to szczery.
- Pójdę po Jenny. Pomoże ci się wykąpać, a ja kupię coś do jedzenia i wrócę, okej?
Pokiwała głową na znak, że rozumie. Zostawiłem ją samą. Na korytarzu powiadomiłem o wszystkim Jenny. Obiecała mi pomóc.
- Zastanawia mnie dlaczego jesteś po mojej stronie. Nie raz zrobiłem coś strasznego na twoich oczach, a ty jeszcze nie zwiałaś, jeszcze nie zadzwoniłaś po policję - kompletnie nie rozumiałem jej zachowania. Ja na jej miejscu uciekłbym przy pierwszej lepszej okazji. Nie była taka, za jaką ją miałem. Byłem jej wdzięczny za to, co dla mnie robi.
- Nie mam zamiaru dzwonić po policje, bo widzę, że żałujesz.



- Justin! Chodź szybko! Shannon zemdlała! - z łazienki dobiegały krzyki blondynki. Czym prędzej poderwałem się z łóżka, wbiegając do pomieszczenia.
Na sam widok jej wychudzonego, posiniaczonego, nagiego ciała leżącego bezwładnie na zimnych płytkach oczy zaszły mi łzami. Ułożyłem ją sobie na rękach, przenosząc na łóżko. Szczelnie okryłem ją kołdrą. Z jednej z szafek wyjąłem swoje bokserki i czystą koszulkę, podając dziewczynie.
- Ubierz ją. Ja zadzwonię po lekarza. Musi ją przebadać - sięgnąłem po swojego iPhona, odchodząc w kąt pomieszczenia.
Wybrałem numer swojego lekarza, karząc mu natychmiast przyjechać. Podałem mu adres. Powiedział, że do godziny będzie. Nie byłem z tego zadowolony, ale zdawałem sobie sprawę, że centrum NY jest oddalone od tego miejsca o kilkadziesiąt kilometrów. Pytał co się stało. Oczywiście skłamałem mówiąc, że znalazłem z koleżanką pobitą dziewczynę. Doradził mi telefon na pogotowie. Przez dłuższą chwilę zastanawiałem się co odpowiedzieć. Wtem do głowy wpadła mi genialna wymówka. Wytłumaczyłem się tym, że Shannon nie chce abym po kogokolwiek dzwonił, a tym bardziej po pogotowie.

*


Postarałam się i napisałam rozdział. Cieszycie się? I jak tam po końcu świata? Wierzyłyście? :)



WESOŁYCH ŚWIĄT ♥


Tagi: .
23.12.2012 o godz. 12:42

TO WSZYSTKO ZASZŁO ZA DALEKO - 9


(...) Wyglądałam strasznie. Oczy całe zaczerwienione od płaczu, wory pod nimi. Na policzkach ślady rozmazanego tuszu. Włosy sterczące w każdą stronę. Najbardziej jednak zauważalne były siniaki na rękach, nogach. Na sam widok oczy zaszły mi łzami. Nie mogło tak dalej być. Postanowiłam uciec.


Pora wieczorna zbliżała się nie ubłagalnie. Strach przed tym, co miało się wydarzyć zwiększał się z każdą kolejną minutą. Serce biło jakby miało zamiar zaraz wyskoczyć.
Siedziałam na obrotowym krześle, a Bella uparła się, że to ona mnie wyszykuje. Zrobiła mnie na typową dziwkę. Z obrzydzeniem patrzyłam w lustro.
Punktualnie o 20:00 drzwi się otworzyły, a w ich framudze stanął Ian z jakimś blondynem. Miał włosy bardzo krótko przystrzyżone, kolczyk w brwi i nie należał do wysokich osób. Z daleka tylko tyle udało mi się określić. Wszystkie dziewczyny wraz podniosły się z miejsc i ustawiły w kolejce. Nie chciałam się wyróżniać, więc uczyniłam to samo, stając za Bellą. Byłam ostatnia. Długo to jednak nie potrwało, ponieważ Ian przyszedł po mnie do samego tyłu. Chwycił za rękę i powciągawszy mnie w swoją stronę wzmocnił uścisk. Syknęłam, zaciskając usta w wąską linię. Odwracając się spostrzegłam, że wszystkie dziewczyny posłusznie szły za tajemniczym chłopakiem tylko ja wyrywałam swoją dłoń z dłoni szatyna. Nie chciałam aby reszta mojego życia wyglądała w ten sposób. Chciałam się wyszaleć, odnaleźć tego jedynego i poświęcać mu każdą wolną chwilę. Pragnęłam jedynie szczęścia. Czy to tak wiele?
Wsiadając do czarnego vana z kilkoma innymi dziewczynami, kompletnie się wyłączyłam, obmyślając plan ucieczki. Po dłuższym namyśle postanowiłam zbiec z tego miejsca najwcześniej jutro. Musiałam zapoznać się z tutejszym planem dnia. Miałam zamiar doszukać się dziury w całym... wykorzystać moment, w którym nie będę obserwowana ze wszystkich stron. Do głowy przyszły mi tylko dwa takie miejsca. Samochód, w którym klient miał przewieźć mnie do hotelu i sam hotel, w którym wystarczyłoby odciągnąć chociaż na chwilę jego uwagę i po prostu wyjść, a później tylko na zawsze zapomnieć o tym koszmarze. Przynajmniej spróbować zapomnieć. Wszystko wydawało się być takie proste lecz to były tylko pozory.
- Wysiadaj - zwrócił się do mnie, wyglądając zza siedzenia. Otrząsnęłam się i czym prędzej opuściłam pojazd. Przyspieszyłam kroku, doganiając dziewczyny. Ian podążał kilka metrów za nami, pilnując czy aby na pewno nie strzeli nam nic do głowy. Z początku zwracałam na niego uwagę, co chwilę odwracając się w tył. W końcu zaczęłam go ignorować, zagadując się z Bellą. Była naprawdę w porządku. Mogłam z nią swobodnie porozmawiać, wyżalić się.



Kiedy jechałem do pobliskiej restauracji oczywiście musiał mi ktoś przeszkodzić, dzwonił Scooter. Załatwił mi koncert w Madison Squer Garden w Nowym Jorku. Pierwszy raz nie miałem pretensji do niego o koncert. Przynajmniej zawitam do Iana i sprawdzę jak się sprawy mają. Ostatnimi czasy zastanawiam się czy aby tego nie zakończyć. To wszystko zaszło za daleko. Zdecydowanie. Z początku planowaliśmy przygarniać chętne dziewczyny do domu, które same nam się oddawały. Tak i do tej pory miało to wyglądać, ale Ianowi widocznie zaczęło się to nudzić. Zaczął siłą lub podstępem zwabiać do siebie dziewczyny i zwyczajnie je wykorzystywać. Nie podobało mi się to lecz zwyczajnie brakowało mi odwagi aby się sprzeciwić.
Nawet nie zauważyłem kiedy wjechałem na parking tuż przed restauracją. Wyciągnąwszy kluczyki ze stacyjki naciągnąłem na głowę kaptur. Dzisiaj chciałem w spokoju zjeść i trochę odsapnąć od tego ciągłego szumu wokół Justina Biebera. Kariera wydawała mi się w wieku 14 lat spełnieniem marzeń i taka też była. Dopiero później zaznałem prawdziwego życia gwiazdy światowej skali. Te ciągłe skandale, czyhający na ciebie paparazzi nie odstępujący cię na krok. Cholerne plotki, przez które nie chciało się żyć. Skutkiem tego są zszargane nerwy i psychika oraz depresje, przez które zaczynasz szukać czegoś, żeby po prostu odizolować się od rzeczywistości. To był mój powód do ćpania, zatracenia się w alkoholu i ciągłych imprezach, w których zaciąganie panienek jedynie na jedną noc do łóżka stało się rzeczą normalną.



Stałam pod jednym z pokaźnych dębów, którego liście już dawno wywiał wiatr, trzęsąc się z zimna. Warstwa białego śniegu ziębiła mnie w stopy, które przyodziane były w szpilki. Oddaliłam się od jezdni, żeby przypadkiem żaden z klientów mnie nie zauważył i nie zaprosił do swojego samochodu.
- Czemu tutaj stoisz? - podszedł do mnie kolega Iana, pytając rozzłoszczonym tonem głosu. Odpowiedziałam mu głuchą ciszą, obejmując się ramionami. Pchnął mnie w stronę pozostałych. Mozolnym krokiem zmierzałam w kierunku grupki dziewczyn, w której stała zmarznięta Bella. Nie mogłam pojąć dlaczego oni nam to robią. To chore.
Podeszłam do ciężarnej, zdejmując z siebie cienki sweterek, który był moim największym źródłem ciepła. Pod nim jedynie założoną miałam skąpą sukienkę. Sweter zarzuciłam na ramiona rudowłosej. Uśmiechnęła się wdzięcznie, zapinając kolejno guziki pod samą szyję.
Patrzyłam na drogie samochody, podjeżdżające po jedną z nas. W końcu przyszła kolej i na mnie. Przełknęłam głośno ślinę, wypuszczając ze świstem powietrze z płuc, tworząc parę. Podeszłam do czerwonego samochodu, z którego zza szyby wyłaniała się stara twarz mężczyzny. Na sam widok chciałam zawrócić, ale dobrze wiedziałam, że znajomy Iana, któremu przyszło dzisiaj nas pilnować nie przepuściłby takiej kasy, którą dostanie, a przynajmniej jej część za to, że go zadowolę. Po samym dwuosobowym, sportowym wozie można było domyśleć się, że śpi na pieniądzach.
Zajmując bez słowa miejsce obok niego, przeniosłam wzrok na blondyna, który z promiennym uśmiechem przyglądał się nam kiedy odjeżdżaliśmy. Czując jego dłoń na swoim kolanie, samotna łza spłynęła po moim zaczerwienionym policzku.



Po kilkugodzinnych próbach przed koncertem wymęczony zszedłem z ogromnej sceny, żegnając się wcześniej z fankami. W garderobie, w której mieściła się łazienka wziąłem szybki, orzeźwiający prysznic i ubrałem się w świeże ubrania. Miałem zamiar pojechać do Iana i z nim poważnie pogadać na temat naszego brutalnego interesu, z którym nie chciałem mieć już nic wspólnego.



*


Przepraszam Was za tak długą nieobecność, ale aktualnie nie ma mnie w Polsce i nie mam okazji napisać rozdziału, bo na laptopie brata nie ma polskich znaków i jestem zmuszona rozdział pisać na telefonie. Przez to notka zajęła mi wiele więcej czasu.


Tagi: .
19.12.2012 o godz. 15:00

PIEPRZONY KOSZMAR, KTÓRY ZGOTOWAŁ MI LOS - 8


(...) Gwałcił mnie z dziką pasją. Wierciłam się pod nim z wyrazem strachu, upokorzenia i bezsilności na twarzy zalanej łzami.


Każdy najmniejszy ruch sprawiał mi cholerny ból. Łzy spływały po policzkach jak opętane. Wyszedł z zadowolonym uśmieszkiem... zostawił mnie samą. Było mi zimno, byłam głodna. Chciałam do domu. Leżałam tak, nawet sama nie wiem ile. Zabrał mi moje rzeczy, a w tym telefon. Byłam załamana.
Po dłuższej chwili usłyszałam jak ktoś przekręca klucz w drzwiach. Ostatkami sił podniosłam się do pozycji siedzącej, podciągając kolana pod brodę, objąwszy je rękami. Drzwi uchyliły się. Do pomieszczenia wdarły się promienie światła. Przełknęłam głośno ślinę, obawiając się, że wrócił po więcej. Zdziwiłam się, widząc w drzwiach zarys postaci nie należącej do niego. Była to kobieta, a raczej dziewczyna na oko w moim wieku. Weszła do środka, zostawiając uchylone drzwi. Na łóżku położyła ubrania, a na stoliku talerz z kanapkami. Wysiliłam się na delikatny uśmiech wdzięczności. Usiadła na łóżku. Jej wielkie oczy wlepiające się we mnie, przyprawiały mnie o dreszcze lecz krótkie, czarne włosy ułożone na głowie w artystycznym nieładzie dodawały jej w pewnym rodzaju uroku, przez który nie wyglądała tak strasznie.
- Co tu się dzieje? - zapytałam, a raczej wychlipałam drżącym głosem.
- Nic dobrego. Przepraszam, ale muszę już iść - szybko wstała po czym skierowała się w stronę drzwi.
- Poczekaj! - zawołałam, ale ta nie odwróciła się, nie poświęciła mi nawet krzty swojej uwagi.
Bez uczuć, bez grama współczucia zamknęła z powrotem drzwi, a pomieszczenie ogarnęła ponowna ciemność. Minęła chwila, kiedy moje oczy przyzwyczaiły się do mroku. Odnalazłam wzrokiem ciuchy, które na siebie założyłam, zaciskając zęby z bólu przy wkładaniu spodni. Były za duże o przynajmniej dwa rozmiary, ale przynajmniej nie musiałam siedzieć naga. W dodatku dawały trochę ciepła. Klapnęłam z powrotem na łóżko, łapiąc się za bolący brzuch, który nie dawał o sobie zapomnieć. Ochota na jedzenie przeminęła. Głód zanikł. Siedziałam, wpatrując się w ścianę. Pozostawało mi jedynie obawiać się kolejnej minuty pieprzonego koszmaru, który zgotował mi los. Usłyszałam jak ktoś podszedł do drzwi. Mogłam domyślić się, że to Ian. Rozmawiał z kimś przez telefon. Szybko lecz po cichu podeszłam do drewnianych drzwi, przystawiając do nich ucho, przysłuchując się jego rozmowie. Miałam nadzieję, że dowiem się co dalej planuje ze mną zrobić. Usłyszałam tylko kawałek rozmowy.


- Wystawisz ją? - zapytałem, patrząc na wprost siebie, dodając gazu. Samochód osiągnął 180 km/h.
- Taa, na pewno. Jest ładna, zarobimy na niej kupę kasy - zaśmiał się głośno.
Było mi szkoda tej dziewczyny... zresztą jak każdej, którą sobie wypatrzył. Był okropny, traktował je jak dziwki. Z początku nie raz chciałem mu się postawić, ale brakowało mi odwagi. Jak jest teraz? Przyzwyczaiłem się. To była tylko kwestia czasu. Nie zważam już tak bardzo na los tych dziewczyn. Nie obchodzi mnie, co się z nimi stanie. Owszem. Żal mi ich, ale ukrywam to, stając się takim samym draniem jakim jest Adams.
- Żyjesz?! - wrzasnął do słuchawki aż telefon wypadł mi z ręki, wpadając pod siedzenie. Nerwowo przeczesałem dłonią włosy, hamując. Zjechałem na pobocze drogi, która prowadziła do San Diegio. Jechałem tam w celu nagrania piosenki, która miała ukazać się na mojej nowej płycie - BELIEVE.
Sięgnąłem po iPhona, przystawiając go sobie do ucha. Nawet nie spojrzałem na jego wyświetlacz w celu sprawdzenia czy rozmowa dalej jest kontynuowana. I taka nie była. Do moich uszu dobiegła jedynie głucha cisza. Wybrałem ponownie numer przyjaciela, ustawiając na tryb głośnomówiący. Po chwili usłyszałem jego głos, ale nie tylko... jakieś dziewczyny również. Domyślam się, że właśnie tej, o której tyle mówił. Krzyczał, a ona płakała. Dokładnie wszystko słyszałem, musiał być blisko niej. Rozłączyłem się, rzucając telefon na siedzenie obok, nie widząc dalszego sensu prowadzenia konwersacji. Odjechałem.



- Nie ładnie podsłuchiwać - zaśmiał się ironicznie. Uspokoił się. Już nie wrzeszczał.
- Nie podsłuchiwałam - zaprzeczyłam, kłamiąc.
- Łgać też nie ładnie - dodał, zbliżając się do mnie. Cofając się, natknęłam na ścianę.
Przywarł do mnie całym swoim ciałem po czym musnął mój polik. Zadrżałam.
- Wypuść mnie, proszę. Nic nikomu nie powiem. Obiecuję! - mówiłam załamana.
Chwycił mnie za rękę po czym wyprowadził z ciemnego pomieszczenia. Znaleźliśmy się na holu. Kierowaliśmy się w stronę wyjścia. Miałam nadzieję, że wziął moje słowa na poważnie i mnie uwolni. Niestety. W ostatniej chwili skręciliśmy w drugi hol, wchodząc do pierwszego pokoju, w którym dziewczyny do czegoś się szykowały. Wepchnął mnie tam po czym zamknął za mną drzwi na klucz. Wzrok ich wszystkich skierował się na mnie. Wzięłam głęboki oddech po czym usiadłam w kącie pokoju na jednej z wolnych, czerwonych puf.
- Chyba sobie żartujesz - podeszła do mnie wysoka, ruda dziewczyna. W oczy rzuciła mi się cała masa piegów, widniejących na jej owalnej twarzy. Spojrzałam na nią pytającym, zdezorientowanym spojrzeniem. - Musisz się przygotować inaczej każda z nas oberwie - wyjaśniła niezrozumiale. Dalej nie wiedziałam o co chodzi.
- Do czego mam się przygotować? - zapytałam cicho, bawiąc się skrawkiem, męskiej koszulki.
- Nie powiedział ci? Ach... - westchnęła głośno, wystawiając w moją stronę dłoń, którą uchwyciłam. Podciągnęła mnie. Stanęłam przed nią. - Jestem Bella, a ty? - uśmiechnęła się delikatnie, unosząc kąciki ust ku górze, tworząc dołeczki. Była naprawdę ładna. Zmierzyłam ją wzrokiem i dopiero teraz w oczy rzucił mi się jej okrągły brzuch. Była w ciąży? - Shannon - odpowiedziałam.
- Chodź. Coś się dla ciebie znajdzie - uśmiechnęła się zachęcająco. Wypuściłam ze świstem powietrze z płuc, podążając za zielonooką. Zaprowadziła mnie do garderoby, w której przeważały sukienki, kolorowe, obcisłe sukienki.
- Możesz teraz powiedzieć mi o co w tym wszystkim chodzi? - zapytałam, przeglądając wieszaki z ubraniami. Nic nie przypadło mi do gustu.
- Najpierw opowiedz jak się tutaj znalazłaś - dodała, unikając odpowiedzi. Zebrałam się na odwagę i opowiedziałam wszystko ze szczegółami. Wiedziałam dobrze, że podziela mój los. Czułam, że mogę jej zaufać.
- Ja dostałam się tutaj w podobny sposób już kilka miesięcy temu. Zaciągnął mnie siłą do łóżka, nie raz. Jak widzisz są tego konsekwencje - pogłaskała się po brzuchu, potwierdzając moje przypuszczenia, że zostanie mamą. Wzdrygnęłam się na samą myśl, że mnie może przydarzyć się coś podobnego. - Tutaj nie ma życia. Od dzisiaj pracujesz dla niego. Wystawi cię - dodała.
- Pracuję? - wypytałam.
- Tak. Codziennie o 20:00 wywozi nas do pobliskiego lasku, przy głównej ulicy, gdzie podjeżdżają klienci, którzy kiedy cię wybiorą, płacą za stosunek. Nie możesz odmówić. Kiedy szef by się dowiedział zapewne wywiózł by cię w jeszcze gorsze miejsce. Pamiętam... miesiąc temu jedna dziewczyna się postawiła. Na drugi dzień już jej nie było. Nikt nie wie gdzie jest i czy nadal żyje. Całą kasę jaką zarobisz w jeden wieczór musisz oddać Adamsowi. Tak jest dzień w dzień - wyjaśniła wszystko dokładnie, a ja się przeraziłam. To okropne, co wyprawia ten chłopak.
- Dlaczego nie uciekniecie?
- Myślisz, że nie próbowałyśmy? Nie jest łatwo. Po jakimś czasie pogodzisz się ze swoim nowym życiem.
- Nie wydaje mi się - odparłam, spoglądając na nią.
- Jaki nosisz rozmiar? - zapytała po chwili ciszy, zmieniając temat.
- 35/6 - odpowiedziałam.
- Ta będzie idealna - podała mi krótką sukienkę w panterkę, którą miałam iść przymierzyć za kotarę. Tak zrobiłam. Sukienka leżała na mnie doskonale, ale nie czułam się w niej dobrze.
Była wykonana z elastycznego materiału. Wiązana na szyi z głębokim dekoltem, który wyeksponował moje piersi. Ledwo zakrywała mi tyłek. Przejrzałam się w lustrze. Wyglądałam strasznie. Oczy całe zaczerwienione od płaczu, wory pod nimi. Na policzkach ślady rozmazanego tuszu. Włosy sterczące w każdą stronę. Najbardziej jednak zauważalne były siniaki na rękach, nogach. Na sam widok oczy zaszły mi łzami. Nie mogło tak dalej być. Postanowiłam uciec.



*


Nadal nie mogę uwierzyć w to, że mam 41 jeden obserwujących. WOW. Dziękuję wszystkim! Teraz dopiero widzę sens ciągnięcia tej historii do końca, mam dla kogo!


Teraz leżysz na plecach, spoglądasz na błękitne niebo,
serce dotyka serca, nie ma szczęścia, nie ma pecha,
nikt się nie złości, nikt nie docieka.


Tagi: .
01.12.2012 o godz. 14:20

CZYŻBY NIE ODPOWIADAŁO CI MOJE TOWARZYSTWO? - 7


(Rozdział +18. Czytasz na własną odpowiedzialność!)


(...) - Jeśli zechciałabyś to możesz zamieszkać u mnie. Nie jestem aż taki zły na jakiego wyglądam.
- Dzięki, ale nie skorzystam - uśmiechnęłam się wrednie w jego stronę.
- Nie to nie. Chciałem tylko pomóc.


Od 10 minut próbowałam złapać taksówkę, co nie było takie łatwe. Kiedy już jakąś sobie wypatrzyłam to ktoś wpychał mi się przed nos.
- Znowu się spotykamy. Podwieźć cię gdzieś? - za moimi plecami stał wcześniej poznany chłopak. Odwróciłam się z grobową miną, z zamiarem odrzucenia jego propozycji. Po dłuższym przeanalizowaniu sytuacji na taksówkę liczyć nie mogłam.
- Tak, jeśli mógłbyś - uśmiechnęłam się promiennie lecz po chwili zmieniłam zdanie. - Nie, zapomnij.
- Widzę, że niezdecydowana jesteś. Chodź ze mną - powiedział chwytając za rączkę mojej walizki, puszczając mi przy tym oczko. Chciało mi się śmiać, ale powstrzymałam się.
Zaprowadził mnie do czarnego, drogiego samochodu za kierownicą którego siedział czarnoskóry mężczyzna. Na sam jego widok po moim ciele przeszły nieprzyjemne dreszcze. Ian przywitał się z kierowcą uściśnięciem dłoni. Zajęłam tylne miejsca wraz ze swoim podręcznym bagażem, który służył mi za towarzysza przez całą drogę. Cisza panująca w samochodzie zaczynała mnie coraz bardziej irytować. Można było dostać szału. Po półgodzinie męczarni mogłam w końcu odetchnąć na łonie natury. Wysiedliśmy, zabierając bagaże. Ciemnoskóry mężczyzna bez słowa odjechał z piskiem opon, robiąc wrażenie.
Stałam przed drzwiami starego, niewielkiego domku. Ściany budynku były pokryte graffiti i przeróżnymi hasłami, niekoniecznie dobrze świadczącymi o właścicielu posiadłości. Wahałam się czy wejść. Chłopak stał za mną, trzymając wszystkie walizki. Odwróciłam się sama nie wiem po co, zauważyłam jego wyczekujące spojrzenie. Biorąc głęboki oddech, naciskając na klamkę równocześnie pchnęłam drewniane drzwi, których skrzypienie zwróciło na nas uwagę półnagich dziewczyn, plątających się po domu. Zrobiłam krok w przód lecz po chwili tego pożałowałam. Doszło do mnie co tutaj się dzieje. Ta nadzwyczajna uprzejmość szatyna była pułapką, w której sidła dałam się złapać. Nie ja jedna jak widzę. Dziewczyny zmierzyły mnie współczującym spojrzeniem krzycząc, że mam uważać. Chciałam się wycofać, uciec, ale na to było już za późno. Poczułam okropny ból z tyłu głowy, straciłam przytomność.



- Stary! Mam nowy towar, kolejna naiwna laska! - Adams mówił podniecony, nie dając mi w spokoju dopić kawy. - Brunetka, niebieskie oczy, idealne ciało. Taka jakie lubisz.
- Yyyyhhhhmmm - przeciągnąłem znudzony. - Tak jak ostatnio - dodałem kpiąco. - Brunetka, niebieskie oczy, zajebista figura - naśladowałem jego głos. - Napaliłem się, wsiadłem w samochód i czym prędzej przyjechałem. Okazało się, że czekasz na mnie z grubą, brzydką, piegowatą babą po trzydziestce - na samą myśl o niej przeszły mnie nieprzyjemne dreszcze.
- Nie była taka zła, nie przesadzaj. Dla twojej wiadomości miała dwadzieścia i...- zaczął się tłumaczyć.
- Mało istotnie - wciąłem mu się w zdanie. - W najbliższym czasie i tak nie zawitam w NY. Ty się nią zajmij - oparłem się wygodniej o fotel. Nie czekając na odpowiedź, rozłączyłem się, rzucając telefon na kanapę, znajdującą się na przeciwko mnie.
W dłonie chwyciłem kubek z gorącą kawą, rozkoszując się cieczą. W głowie same zaczęły pojawiać mi się wyobrażenia na temat danej brunetki. Ciemne, długie włosy, duże oczy, pełne usta, długie szczupłe nogi... ale to jak już wspomniałem... tylko moje wyobrażenia. Rzeczywistość jak się po raz kolejny okaże będzie bardzo odległa od moich myśli. Czas się z tym pogodzić.
Telefon wibrował przez kolejne minuty. Ignorowałem to. Ospałym ruchem odłożyłem już pusty kubek na szklany stolik w salonie. Sięgnąłem po pilot, włączając telewizor.



Zaczęłam odzyskiwać przytomność. Głowa rozbolała mnie niesamowicie. Odruchowo chwyciłam za jej tył. Syknęłam z bólu. Czułam czyjąś obecność w pokoju. Wzrokiem prześledziłam ciemne pomieszczenie, w którym się znajdowałam, szukając wyjścia. Leżałam obolała na łóżku, na szczęście mając na sobie ciuchy. Po policzku spłynęła samotna łza. Po co ja godziłam się na tą nieszczęsną podwózkę? Jednocześnie na ten koszmar. Podniosłam się z łóżka, wirowało mi przed oczami. Nic nie widziałam, światło było wyłączone, a po oknach nie było śladu. Podążając za odgłosami, dotarłam do drzwi. Po omacku wymacałam klamkę, ciągnąc za nią. Drzwi były zamknięte, zaczęłam walić w nie pięściami. Nie przejmowałam się bólem jaki mi to sprawiało. Chciałam się stąd wydostać jak najszybciej. W głębi duszy wierzyłam, że to poskutkuje.
- To nic nie da - usłyszałam za sobą zachrypnięty głos Iana, który ziścił moje nadzieje.
- Wypuść mnie do cholery! - uniosłam się, gwałtownie odwracając do niego przodem. Wyrósł mi tuż przed twarzą. Automatycznie zrobiłam krok w tył, wpadając plecami na drzwi. Zagryzłam ze zdenerwowania wargi.
- Krzycz głośniej, łudź się, że ktoś usłyszy, a tym bardziej ci pomoże - zaśmiał się, złączając nasze ciała. Zaczął odpinać guziki moich spodni. Z całych sił odepchnęłam go od siebie, wołając o pomoc. - Czyżby nie odpowiadało ci moje towarzystwo? - ponownie podszedł do mnie, chwytając za dłonie. Przyległ całym swoim ciałem do mojego. Nie mogłam się ruszyć choć próbowałam się wyrwać.
Brutalnie zdarł ze mnie koszulkę, rechocząc głośno. Nigdy nie zapomnę tego śmiechu, który zagłuszał moje rozpaczliwe krzyki. Próbowałam się bronić, ale nie miałam z nim szans. Był silny, uważny, a każdy jego ruch był przemyślany. Zachłannie wpił się w moje usta, jeżdżąc dłonią po moich plecach, doszukując się zapięcia stanika. Drugą zaś zsuwał ramiączka biustonosza z ramion, które po chwili muskał. Jedyne co czułam to obrzydzenie, obrzydzenie do niego jak i samej siebie. Najgorsza była ta cholerna bezradność.
- Przestań! Błagam! - moje prośby, krzyki czy błagania nie były niczym wielkim, nie zważał na to... jakby nie słyszał.
- Nie opieraj się maleńka - w ciemności zauważyłam rząd jego białych zębów, ułożonych w złowieszczym uśmiechu. - Koniec gierek - szepnął jakby sam do siebie, biorąc mnie na ręce. Kopałam, wymachiwałam rękami, udało mi się uderzyć go w twarz. Musiało zaboleć. Puścił mnie. Przerażona, uciekłam w kąt pokoju, modląc się o cud. Nie nastał.
Mogłam go nie bić to go jeszcze bardziej rozwścieczyło. Szarpnął mną, rzucając na łóżko. Zerwał ze mnie koronkowy stanik, ugniatając moje piersi. Dławiąc się histerycznym płaczem wiedziałam, że nic ani nikt mi już nie pomoże. Powoli opuszczały mnie siły na jakikolwiek chociażby najmniejszy opór. Szybkim ruchem pozbył się moich spodni, a po chwili majtek. Leżałam przed nim kompletnie naga. Jego brudne łapska błądziły po moich miejscach intymnych. Sam po chwili zaczął zdejmować z siebie kolejno ciuchy. Kiedy nie pozostał na nim nawet najmniejszy skrawek materiału, nachylając się nad moją twarzą, musnął moje usta. Jego dłoń ponownie zjechała w dół. Jednym palcem wszedł w moją dziurkę. Później dołożył drugi. Wygięłam się w łuk, jęcząc głośno. To nie było przyjemne uczucie, kiedy robił to taki bydlak jak on. Pragnęłam tylko, żeby to wszystko już się skończyło. Chciałam umrzeć. Mój oddech był nierówny, serce biło tak, że myślałam, że zaraz wyskoczy. Wszedł we mnie jednym, mocnym pchnięciem. Ból przeszył moje ciało na wskroś, zacisnęłam dłonie na posłaniu, zamykając oczy. Gwałcił mnie z dziką pasją. Wierciłam się pod nim z wyrazem strachu, upokorzenia i bezsilności na twarzy zalanej łzami.



*


Ten rozdział samej mnie przeraża. Nie bierzcie tego na poważnie, nie doszukujcie się drugiego dna w tej brutalnej treści i nie myślcie też czasem, że opisuję tutaj swoje przeżycia. Ten blog jest jedynie wytworem mojej wyobraźni, niczym więcej.


Chciałam przedstawić Wam życie nie tylko w kolorach, ale także w szarych barwach. Chciałam uświadomić Wam, że takie przeraźliwe rzeczy gdzieś na świecie się właśnie dzieją, a my nie mamy na to najmniejszego wpływu.


DZIĘKUJĘ ZA MASĘ ODWIEDZIN I WSZYSTKIE KOMENTARZE! ♥

Tagi: .
27.11.2012 o godz. 20:27

JESTEŚ NA TYLE SILNA, ŻE SOBIE Z TYM PORADZISZ - 6





(...) Tak cholernie się bałam, nie mógł zaczerpnąć oddechu. Zdając sobie sprawę, że może być już tylko gorzej, wybrałam numer pogotowia, przystawiając komórkę do ucha.


Czekanie na lekarzy wydawało się wiecznością, a przyjechali po zaledwie kilku minutach. Na całe osiedle roznosił się dźwięk syren pogotowia. Zbiegłam otworzyć drzwi. Sąsiedzi wyszli z domów na uliczkę, chcąc dowiedzieć się co zaszło, co się stało. Roztrzęsiona pokierowałam sanitariuszy na taras. Bałam się iść tam z nimi. Bałam się, że jeśli wrócę nie zastanę go już żywego. Jednak jeśli to miałaby być jego ostatnia chwila... tam na tarasie... nie daj Boże! Nie wybaczyłabym sobie, gdyby mnie z nim wtedy nie było, gdyby zabrakło mnie przy jego boku.
Wszystko działo się tak szybko. Lada moment, a zamykałam za nimi drzwi. Zabieramy pani ojca z podejrzeniem zawału - zdanie, które tak wiele zmieniło.



Trzymając ojca za zimną dłoń, dławiąc się płaczem pytałam Boga dlaczego właśnie on, dlaczego zawsze mnie przydarzają się najgorsze rzeczy. Czym zawiniłam?
- Musi już pani wyjść - usłyszałam cichy głos pielęgniarki za sobą.
- Wiedz, że wciąż tak cię kocham... choć musimy się pożegnać - wydusiłam, połykając kryształowe, słone łzy, które bez opamiętania spływały po policzkach. - Wkrótce się spotkamy - uśmiechnęłam się przez łzy, puszczając jego dłoń.
Niepewnie podniosłam się z krzesła. Pomimo zawrotów głowy, stawiałam dzielnie kroki ku drzwiom, starałam się nie odwracać. Ten widok sparaliżowałby mnie ponownie.
Na korytarzu wpadłam w objęcia przyjaciółek. Nie wiem jak i nie mam pojęcia skąd się dowiedziały. Byłam im wdzięczna. Wiedziałam, że one zawsze będą.
- Wszystko się zjebało - stwierdziłam, pociągając nosem. - I nie... nie będzie dobrze - dodałam szybko, widząc jak Aria chce coś od siebie dodać.
- Nie będzie dobrze, ale jesteś na tyle silna, że sobie z tym poradzisz - powiedziała, wzmacniając uścisk.
- Jedźmy do domu - zaproponowała Lauren, ocierając łzy smutku.
Pokiwałam głową, spinając włosy gumką, którą zawsze nosiłam na prawym nadgarstku.


W samochodzie byłam nieobecna. Myślami sięgałam kilka lat wstecz, przywołując wspomnienia. W tej chwili jakże bolesne wspomnienia.
- Nie mogę być przy tobie ciałem, lecz będę duszą już na zawsze - mruknęłam ledwie słyszalnie jego ostatnie słowa, a łzy wznowiły się.


- Mówię poważne Lauren! Chcę wyjechać, odpocząć. W Londynie zbyt wiele rzeczy mi go przypomina. Nie daję sobie z tym rady - wyżaliłam się. Liczyłam na zrozumienie przynajmniej z jej strony.
- Daj temu czas Shannon! - uniosła głos. - Myślisz, że jak wyjedziesz to zapomnisz? Mylisz się - dodała szybko, podchodząc do mnie.
- Wiem czego chcę. Chcę wyjechać - odpowiedziałam uparcie, waląc delikatnie głową w ścianę. - Dobrze mi to zrobi.
- Gdzie? Gdzie chciałabyś się udać? - zapytała drwiąco. - Norwich? Leeds? Liverpool? Birm...
- Nie - wcięłam jej się w zdanie, zaprzeczając stanowczo. - Anglia odpada - oznajmiłam szybko, widząc jej zdezorientowane spojrzenie. - Chcę spróbować czegoś innego, dlatego Europa nie wchodzi w grę.
- Chyba żartujesz?! - krzyknęła oburzona.
- Planowałam ten wyjazd od śmierci taty. Harowałam jak wół przez ostatnie 5 miesięcy, chodząc od razu po szkole do kawiarni. Nie spałam po nocach byle tylko udało mi się nazbierać na bilet. W końcu mi się to udało. Nie utrudniaj mi tego - przeniosłam wzrok na jej twarz. Nie wyrażała nic, kompletnie nic.
- Zwariowała - szepnęła, ale tak, żebym usłyszała, łapiąc się za głowę. - Dalej uważam, że to ogromny błąd, ale nie będę ci niczego zabraniać. Nie jesteś dzieckiem i wiesz co robisz... chyba - podeszłam do niej, tuląc się w jej ciało.
- Będzie mi ciebie brakowało - wysiliłam się na delikatny uśmiech, który był tak cholernie sztuczny.
- Mi ciebie bardziej. Masz już coś konkretniejszego na oku? - zapytała, odsuwając się ode mnie. Usiadłyśmy na łóżku.
- Już wybrałam. Zabukowałam nawet bilet. Moim celem jest Nowy Jork.
- Przynajmniej dobrze wybrałaś - zaśmiała się. - Mam nadzieję, że sobie poradzisz. Pamiętaj, że zawsze służę pomocą. Jeżeli coś się będzie złego dziać - wystarczy jeden telefon i jestem przy tobie. Na kiedy zabukowałaś bilet? - zmieniła temat aby nie myśleć już o negatywach.
- Ta data samej mnie przeraża. Wylatuję za 2 dni - westchnęłam głęboko, kładąc się na łóżku. Wiem... jest wiele minusów podróży i ogromne ryzyko, że coś potoczy się nie po mojej myśli, ale chcę zacząć wszystko od nowa. Chcę zacząć w końcu żyć.


Przechodząc przez bramkę odprawy wiedziałam, że nie ma już odwrotu. Ostatni raz smutnym wzrokiem obdarzyłam przyjaciółki, które przyjechały ze mną aż na lotnisko. Po trudnym pożegnaniu jakie rozegrało się przed chwilą musiałam wziąć się w garść.

Wszystko poszło sprawnie. Nim się obejrzałam siedziałam w wygodnym siedzeniu samolotu ze słuchawkami w uszach. Na miejscu obok siedział jakiś przystojny chłopak. Ciemne włosy, śniada cera, wyraźne kości policzkowe, niebieskie oczy i ta cała masa kolczyków w różnych miejscach... Musiałam się ogarnąć. To ciągłe wlepianie w niego swoich oczu nie świadczyło o mnie zbyt dobrze.
Najlepszym sposobem na zabicie czasu był sen. Ułożyłam się wygodniej w siedzeniu, zamykając oczy. Smutne, wolne piosenki przyspieszyły tylko błogi stan, który opatulił mnie całą już po chwili.


- Dlaczego to robisz? Dlaczego mnie zostawiasz? - pytał ojciec z wyrzutem, stojąc na przeciwko mnie. Znajdowaliśmy się na cmentarzu. Ciemność pomieszana z gęstą mgłą objęła już cały teren.
- J-ja, ja... - plątałam się. Nie wiedziałam co odpowiedzieć.
- Myślałem, że wychowałem cię na twardą kobietę, a ty tak po prostu wymiękasz - stwierdził, kiwając głową.
- Tato to nie tak! - uniosłam głos, chcąc go dotknąć. Postać ojca zaczęła zanikać. - Nie zostawiaj mnie! Proszę! - krzyczałam, ale na marne.
W oddali usłyszałam jego łagodny lecz pełen żalu głos - To ty mnie zostawiłaś.
Padłam na kolana, zanosząc się płaczem. - To nie tak miało być - szepnęłam, ale już sama do siebie


Przebudziłam się gwałtownie podnosząc do pozycji siedzącej. Wynikiem czego było zwrócenie na siebie uwagi szatyna.
- Wszystko okej? - zapytał niepewnie, zrzucając niebieskie słuchawki z uszu.
- Tak - odpowiedziałam, przecierając twarz dłońmi.
- Jestem Ian - wyciągnął w moją stronę dłoń, którą uchwyciłam.
- Shannon - odparłam z delikatnym uśmiechem.
- Nowy Jork? Konkretne wyzwanie jak na szesnastolatkę - stwierdził, poprawiając swoją i tak idealną fryzurę.
- Mam dziewiętnaście - poprawiłam, wywołując śmiech u chłopaka.
- Nie wyglądasz - spoważniał, kiedy doszło do niego, że to nie żart.
Przewróciłam teatralnie oczami, odwracając wzrok w kierunku małego okienka, które mieściło się po mojej lewej stronie. Woda, woda i jeszcze raz woda. Nic ciekawego. Po chwili jednak krajobraz całkowicie zaczął się zmieniać, zarys miasta z góry robił wrażenie, a co dopiero, kiedy się go zwiedzi.
- Przyjechałaś do rodziny, na wakacje?
- Powiedzmy, że na wakacje - odpowiedziałam.
- Masz u kogo spać? - zapytał. Jego bezpośredniość zaczęła mnie irytować.
- To już nie twoja sprawa.
- Czyli nie. Jeśli chciałabyś to mogłabyś zamieszkać u mnie. Nie jestem aż taki zły na jakiego wyglądam.
- Dzięki, ale nie skorzystam - uśmiechnęłam się wrednie w jego stronę.
- Nie to nie. Chciałem tylko pomóc...


*


Zaczynałam ten rozdział z tysiąc razy i ten choć beznadziejny wstęp wyszedł mi najlepiej. Chyba wena się wyczerpuje, ale postaram się coś z tym zrobić.


Polecicie jakieś fajne piosenki? Byle nie metal!


Tagi: .
21.11.2012 o godz. 19:37

NAJLEPIEJ BĘDZIE JEŚLI ZAPOMNISZ - 5




(...) - Jednak wolałbym żyć twoim życiem, przynajmniej miałbym dla kogo - uśmiechnął się sztucznie, kiedy wzrok przeniosłam na jego przygnębioną twarz.


W ciszy leżeliśmy wtuleni w swoje ciała. To co mówił, jak mówił... wydawało się, że wtedy był inny, prawdziwy? Miałam wrażenie, że ten jego czarny charakterek był tylko maską, pod którą chciał ukryć prawdziwego siebie. Bardziej podobał mi się ten delikatny, wrażliwy, szczery chłopak od pełnego nałogów, zadufanego w sobie, a przede wszystkim pewnego siebie blondyna.

- Przejdźmy się - zaproponowałam, rozdzielając nasze złączone ciała.

- Nie chce mi się - zaczął marudzić, ponownie przyciągając mnie do siebie.

- Nie daj się prosić - uśmiechnęłam się promiennie, wyswobadzając z jego objęć.

Podnosząc się z łóżka, wzdychnął cicho. W lustrze poprawił swoją fryzurę, uczyniłam dokładnie to samo, stając zaraz obok niego.
Po minucie obydwoje byliśmy gotowi do wyjścia. Justin zamknął apartament, kartę oddając przy recepcji. Opuściliśmy luksusowy hotel, idąc przez siebie.
Spacerowaliśmy ulicami Londynu. Było miło, a to chyba najważniejsze. Cieszyłam się, że potrafię się z nim dogadać. Nie ma łatwego charakteru. Zanim go poznałam... wyobrażałam go sobie całkowicie inaczej. Myślałam, że to grzeczny, posłuszny, kulturalny piosenkarz. A jednak! Pozory mylą.
Przywiązałam się do niego. Myśl, że już jutro powrócę do szarego, monotonnego, ponurego życia przerażała mnie. Czym prędzej wygoniłam z głowy te myśli. Nie chciałam psuć sobie humoru.

- Gdyby ktoś opowiedział mi historię, która się nam przydarzyła w życiu bym nie uwierzyła - zaśmiałam się melodyjnie, przystając na chwilę. Nie odpowiedział. Nie zatrzymał się. Nie poczekał. Dogoniłam go.

- Coś się stało? - zapytałam przestraszona i pełna obaw dorównując mu kroku. Odpowiedział ciszą. Bałam się powtórzyć pytanie.

- Wyjeżdżam dzisiaj. Czas się rozstać - oznajmił po chwili, odpalając papierosa.

- Powiedz, że żartujesz! - podniosłam głos, a samotna, krystaliczna łza spłynęła po moim policzku, pozostawiając mokry ślad. Szybko ją starłam.

- Najlepiej będzie jeśli zapomnisz... - westchnął, zaciągając się.

- Mam od tak zapomnieć? Karzesz mi zapomnieć o najlepszym chłopaku jakiego do tej pory spotkałam?! To się nie uda - schowałam twarz w dłonie, dając upust emocjom.

Nie obchodziło mnie czy zobaczy do jakiego stanu mnie doprowadził. Czy on do cholery nie ma za grosz uczuć? Po co zgadzałam się na ten cały wyjazd? Po co się angażowałam?! Przespałam się z chłopakiem, dla którego nic nie znaczę. Czułam się jak dziwka.
Podszedł do mnie, próbując przytulić, odepchnęłam go od siebie, zanosząc się szlochem. Boże jaka ze mnie idiotka! Wykorzystał mnie. Co ja sobie do cholery myślałam? Że będziemy razem, szczęśliwi?
Przetarłam mokre od płaczu oczy, rozmazując makijaż. Nie zważałam na to jak muszę teraz wyglądać. Po prostu uciekłam, uciekłam od niego. Biegłam jak najszybciej mogłam. Słyszałam... wołał mnie, krzyczał, że tak będzie najlepiej. Chyba dla niego. Ja nie zapomnę. Nawet nie chcę.
Przebiegając przez ulicę o mało co nie potrącił mnie samochód. Szczęście w nieszczęściu. Wbiegłam do hotelu, odbierając kartę do apartamentu. Czułam na sobie spojrzenia wielu ludzi. Wyglądałam okropnie, co się im dziwić.
Dojeżdżając windą na czwarte piętro uświadomiłam sobie, że kompletnie nie pasujemy do siebie, że nie pasuję do jego świata, a to co się przydarzyło po koncercie... to był tylko cholerny fart, nic więcej.
Zabrałam z apartamentu swoje rzeczy. Nie było ich wiele. W końcu przyjechałam tutaj bez niczego i też z niczym odjadę. W portfelu widniały dwie studolarówki. Miałam nadzieję, że wystarczy mi na powrót do domu. Zebrana, usiadłam jeszcze na dwuosobowym łóżku, przejeżdżając otwartą dłonią po satynowym materiale. Wszystkie wspomnienia stanęły mi przed oczami. To jak się całowaliśmy... kochaliśmy. Odrzuciłam włosy na plecy, wstając.

- Będę silna - szepnęłam sama do siebie, ścierając wierzchem dłoni łzy... już ostatnie jakie wylałam przez niego.

W wielkim lustrze doprowadziłam się do porządku. Zamknęłam za sobą ogromny apartament. Oddając kartę przy recepcji, kazałam zamówić dla mnie taksówkę. Tak też zrobili. W holu czekałam na nią pięć minut. Wychodząc z budynku, zetknęłam się z Bieberem.

- Shannon... Wysłuchaj mnie! - uniósł głos, łapiąc za mój nadgarstek, ściskając go mocno. Zabolało. Oczy zaszły mi łzami, ale nie pozwoliłam im wypłynąć.

- Pan mnie chyba z kimś pomylił - rzuciłam sucho, wyrywając rękę z jego uścisku.
Skierowałam się ku czekającej na mnie taksówce. Odwróciłam się tylko raz. Stał z lekko rozchylonymi ustami, patrząc w moją stronę. Chciał, żebym zapomniała? Proszę bardzo. Wtedy widziałam go ostatni raz...


Po miesiącu użalania się nad sobą wśród czterech ścian, które w tym okresie czasu stały się najlepszymi przyjaciółmi powróciłam do rzeczywistości... jakże okrutnej rzeczywistości. Przez swoją głupotę straciłam Arię, która dosyć miała już naszych ciągłych kłótni, które przeważnie ja wywoływałam. Teraz dopiero doszło do mnie, że to wszystko przeze mnie. Po każdej sprzeczce wmawiałam sobie, że zasłużyła na to, żebym po niej krzyczała. To nie była prawda.
Zmieniłam się. Stałam się opryskliwa, wredna i nie do zniesienia. Mam mnóstwo uprzedzeń, przez które nie chcę angażować się w żaden związek.


Siedziałam na krześle, na małym tarasie. Wejście prowadziło przez mój pokój. W myślach cały czas siedział mi Justin. Nie mogłam o nim zapomnieć. Jego śmiech, spojrzenie i to w jaki sposób mnie tulił było czymś niezwykłym. Niewartym zapomnienia. Widziałam go, kiedy tylko przymknęłam oczy. Sam w sobie nie dawał mi o sobie zapomnieć. Starałam się unikać wszelkich wywiadów, stron plotkarskich czy telewizji. Ale wszędzie było go pełno. Słyszałam, że się stoczył. Lauren mi mówiła. Choć tak bardzo mnie skrzywdził to martwiłam się, codziennie wieczorem modląc się za niego. Wiem... to głupie, ale jakże dobroczynne. Tylko modlitwa została mi z "dawnego życia", w którym robiłam za dobrą dziewczynkę. Wydoroślałam.
Poczułam dłoń na ramieniu. Otrząsnęłam się. To był tata, podał mi koc. Uśmiechnęłam się do niego z wdzięcznością, okrywając swoje zmarznięte nogi. Na stoliku postawił ciepłą herbatę, z której unosiła się para. Przesunął bliżej mnie krzesło, siadając na nim.

- Nie zadręczaj się. To wszystko musiało się tak skończyć. Dlatego nie chciałem się zgodzić na ten wyjazd. Jednak po rozmowie z wami doszło do mnie, że jesteś już pełnoletnia, że odpowiadasz za siebie. A taki staruszek jak ja nie może ci niczego zabronić.

- Kocham cię tato - kąciki ust uniosły mi się ku górze.
Wtuliłam się w jego ciało, poczułam się jak mała dziewczynka. Niegdyś w jego ramionach czułam się taka bezpieczna. Był jedynym mężczyzną w moim życiu i za nic w świecie nie chciałam tego zmieniać.
Tak... ale wtedy byłam małym bachorem, nie mogącym się do końca nawet poprawnie wysłowić przez brak poniektórych zębów.

- Ja ciebie też córciu - odpowiedział, śmiejąc się cicho.

Niechętnie odsunęłam się od niego, wpatrując w niebo. Kiedyś robiliśmy to całymi dniami, śmiejąc się wniebogłosy, mówiąc sobie co przypominała nam dana chmura. Chciałabym powrócić do tamtych lat, niestety... czasu cofnąć się nie da.
Ojciec potowarzyszył mi przez chwilę. Stając, chwycił się za serce, opadając z powrotem na krzesło. Przestraszona zerwałam się na równe nogi.

- Tato... Co Ci jest?

Nie odpowiedział choć widziałam, że próbował mnie uspokoić. Stęknął, trzymając się nadal w miejscu, za które moment temu chwycił... za najważniejszy narząd pośrodku klatki piersiowej.
Tak cholernie się bałam, nie mógł zaczerpnąć oddechu. Zdając sobie sprawę, że może być już tylko gorzej, wybrałam numer pogotowia, przystawiając komórkę do ucha.


*


Jeżeli się postaracie to rozdziały mogą pojawiać się codziennie. Jestem chora... zapalenie strun głosowych. Nawet odezwać się nie mogę! Więc siedzę i piszę, bo co mi innego pozostaje?


Tagi: .
19.11.2012 o godz. 18:18

WOLAŁBYM ŻYĆ TWOIM ŻYCIEM - 4


(Rozdział +18. Czytasz na własną odpowiedzialność!)


(...) W holu zastaliśmy Pattie, która poinformowała nas, że idziemy na obiadokolację. Nie byłam głodna tylko zmęczona. Podziękowałam.
- Mamo idźcie sami. My pójdziemy razem, ale to później - Pattie ponarzekała pod nosem i udała się w kierunku windy. My udaliśmy się zaś do apartamentu.


Od razu po wejściu do sypialni opadłam na łóżko. Oczy same mi się zamykały. Usilnie próbowałam walczyć z ciężkimi, opadającymi powiekami... na marne.

- Nie ma spania! - blondyn wrzasnął mi wprost do ucha. Poderwałam się do pozycji siedzącej. Mało co nie spadając z łóżka.

- Zwariowałeś?! - uniosłam głos z wyrzutem, przecierając zaspane oczy.

- Przepraszam - odparł już ciszej.

Usadowił się obok mnie, chwytając za moją dłoń. Spojrzałam na niego pytająco, a ten tylko głupio się uśmiechnął. Dzisiaj zdecydowanie był jakiś nadpobudliwy.

- Co ci jest? - zapytałam przymrużając oczy, ponieważ lampka stojąca na kredensie świeciła wprost w moje oczy. Czułam się jak na jakimś przesłuchaniu, więc odwróciłam wzrok, skupiając się na tęczówkach chłopaka, który zignorował moje pytanie, przybliżając swoją twarz do mojej.

- Jesteś taka piękna - powiedział tuż przy moich ustach.

Poczułam jego wargi na swoich. Jego ręka błądziła pod moją cienką koszulką, którą miałam na sobie... jeszcze. Justin z moich ust przeniósł się na moją szyję, składając na niej pojedyncze muśnięcia, które doprowadzały do obłędu. Czując jak zjeżdża z pocałunkami na mój dekolt, automatycznie zrobiło mi się gorąco. Odczuwając jego dotyk na swojej skórze, zaciskałam dłonie na aksamitnej pościeli, odchylając głowę do tyłu. Zaczął podwijać delikatnie moją koszulkę, której po chwili się pozbył, a ja zostałam w samym staniku. Wplotłam palce w jego gęste włosy, mierzwiąc je. Z każdą sekundą pragnęłam go jeszcze bardziej. Położył mnie na plecach, wcześniej jednym sprawnym ruchem poradził sobie z zapięciem mojego stanika, który po chwili wylądował gdzieś w kącie apartamentu. Dłonie ułożyłam na jego klacie, odpinając powoli zamek jego bluzy (KLIK). Chłopak zrzucił z siebie górną część garderoby. Moim oczom ukazał się jego umięśniony tors. Zagryzł seksownie wargę, spoglądając na moje piersi. Językiem zataczał kółka wokół moich sutków. Z moich ust co chwilę wydobywały się ciche jęki, przez które chciałam dać mu do zrozumienia jak cholernie mi z nim dobrze.

- Na pewno tego chcesz? - zapytał przenosząc wzrok w moje oczy.

Jedną dłonią chwyciłam go za polik drugą zaś za szyję, przyciągając jego twarz bliżej swojej. Rozchyliłam lekko wargi, a chwilę potem nasze języki spotkały się, łaskocząc podniebienia. Justin szybkim ruchem pozbył się swoich spodni, zostając w samych bokserkach.

- Kocieee - przeciągnęłam seksownie. - Nie za ciasno? - zapytałam rozbawiona, przejeżdżając otwartą dłonią po jego kroczu.

Jednym zwinnym ruchem, zrzuciłam go z siebie, siadając na nim okrakiem. Całowałam każdy centymetr jego ciała. Uniosłam pupę ku górze, ściągając z siebie jeansy.
Zawahałam się. Co ten chłopak ze mną robi? Znam go kilka dni, a chcę oddać mu to, co dziewczyna ma najcenniejszego w sobie.

- Co jest? - zapytał, całując linię mojej szczęki, opuszkami palców błądząc po mojej szyi, ramionach. Ponownie znalazł się na górze.

- Zrób to w końcu - mówiłam rozpalona.

Chciałam mieć już to za sobą. Po części bałam się. Obwiałam się bólu, ale ufałam mu. Wierzyłam głęboko w to, że zrobi to najdelikatniej jak tylko będzie to możliwe. Nie myliłam się. Po kilkunastu sekundach byliśmy oboje nadzy. Zawstydziłam się, ale wiedziałam, że nie ma już odwrotu. Musnął mój obojczyk po czym sięgnął po swoje spodnie, z których kieszeni wyjął paczkę prezerwatyw. Wyciągnął jedną, rozdzierając opakowanie. Założył ją, rozchylając moje uda. Zacisnęłam powieki. Byłam gotowa. Muskając moje podbrzusze, wszedł we mnie pewnym ruchem. Zabolało, cholernie zabolało. Wydarłam się, zaciskając zęby. Paznokciami drapałam plecy Biebera, który coraz szybciej się we mnie poruszał. Nogami oplotłam go w pasie sprawiając, że czułam go jeszcze głębiej w sobie. Moje ciało płonęło. Na czole Justina zauważalne były kropelki potu.

- Rozluźnij się - szepnął mi na ucho, zwalniając. Ściskając w dłoń moją pierś, jęknęłam.

W pełni mu się oddałam. Potrafił zadowolić dziewczynę. Zastanawiałam się tylko czy dla niego znaczy to coś więcej.
Obydwoje czuliśmy, że zaraz dojdzie. Znacznie przyspieszył, jęcząc. Krzyczałam jego imię - wbijając paznokcie w jego skórę na plecach. Stało się, musnął moje czoło, wychodząc ze mnie. Opadł ze zmęczenia na poduszkę. Wtuliłam się w jego rozgrzane ciało, odgarniając z twarzy niesforne włosy. Gładził opuszkami palców mój zaczerwieniony policzek. Zamknęłam oczy, wsłuchując się w bicie jego serca. Nawet nie wiem, kiedy usnęłam.


W pokoju panował przyjemny półmrok. Na myśl o wczorajszym wieczorze, uśmiech zawitał na mojej twarzy. Nie było obok mnie Justina. Przestraszyłam się. Myślałam, że już wyjechał, że zostawił mnie samą. Na szczęście moje obawy zniknęły, kiedy przed oczami pojawił mi się blondyn z odpalonym papierosem w ręku, wychodząc z łazienki (KLIK). Naciągnęłam na siebie jeszcze bardziej satynową pościel, oblizując spierzchnięte wargi.

- Dzień dobry, księżniczko - podszedł do łóżka, nachylając się nad moją twarzą. Musnął delikatnie moje usta.

- Wychodzisz? - owinęłam swoje nagie ciało w pościel po czym wstałam.

- Tak, mam wywiad. Wrócę za kilka godzin - powiadomił, przeglądając się w wielkim lustrze ściennym, którego wcześniej nawet nie spostrzegłam.

Dopalił fajkę do końca, gasząc ją w kryształowej popielniczce. Z pobliskiego kredensu zabrał jego perfumy po czym symbolicznie się nimi spryskał, uważając na to, by nie przesadzić.

- Ja lecę, pa - przelotnie mnie przytulił po czym wyszedł z apartamentu, zostawiając mnie samą.

Po chwili jednak wrócił z informacją, że zamówił śniadanie, które za moment powinien przynieść kelner. Przytaknęłam, znikając w łazience. Słysząc odgłos zamykanych drzwi, zrzuciłam z siebie materiał, odkręcając kurek z ciepłą wodą. Patrzyłam jak ogromna wanna coraz to bardziej się wypełnia, wlewając po kolei wszystkie obecne żele czy olejki.


Usłyszałam ciche pukanie do drzwi. Zapewne przyjechało śniadanie. Nie wiedziałam co mam na szybko na siebie założyć aby wyjść otworzyć. Opuściłam łazienkę, owijając się w hotelowy, bawełniany ręcznik. Przed drzwiami przeczesałam palcami włosy po czym uchyliłam drzwi. Pracownik wjechał do apartamentu wraz z pokaźnym śniadaniem. Grzecznie podziękowałam, a ten bez słowa wyszedł. Wzruszyłam ramionami, zamykając za nim.
Wróciłam do łazienki, w której wzięłam długą kąpiel. Kiedy woda zaczęła robić się zimna dopiero wyszłam. Owinęłam się ponownie ręcznikiem. Wytarłam dokładnie ciało i wysuszyłam włosy, delikatnie je rozczesując. Spięłam je w luźnego koka. Przyszedł czas na włożenie czegoś na siebie. Nie miałam żadnych ciuchów. Musiałam zestawić ubrania, należące do Caitlin. W końcu udało mi się coś utworzyć w moim stylu (KLIK). Ubrałam się i wymalowałam. Uśmiechnęłam się do swojego odbicia lustrzanego po czym opuściłam pomieszczenie, siadając na łóżku, zajadając się naleśnikiem z syropem klonowym. Całość popiłam sokiem pomarańczowym, zaspokajając swój głód. Najadłam się, nie mogłam już patrzeć na jedzenie, a zostało go jeszcze mnóstwo. Włączyłam ogromną plazmę ścienną, przełączając na kanał muzyczny. Podśpiewując pod nosem, zabrałam się za sprzątanie.
Wiedziałam dobrze, że kiedy nas nie ma, przychodzi sprzątaczka i wszystko ogarnia. Chciałam jej tylko ułatwić pracę.


Leżałam na łóżku, twarzą w poduszkach. Poczułam oddech na swoim karku, wcześniej słysząc kroki. Wiedziałam dobrze, że Justin wrócił. Musnął moją szyję, podwijając baskinkę, którą miałam na sobie. Jeździł dłońmi po moich plecach, a ja mruczałam cicho pod nosem zadowolona.

- Jak tam wywiad? - zapytałam, przewracając się na bok, twarzą do niego.

- Zwyczajnie, bez rewelacji. Ciągle te same pytania. To wszystko jest tak cholernie nudne. Czasem mam naprawdę dosyć, dosyć ludzi, świata, a przede wszystkim swojego marnego życia - wyżalił się, głaskając kciukiem moje biodro.

- Ty masz marne życie? - roześmiałam się. - Ciesz się, że nie jesteś mną, że nie masz takiego życia jakie mam ja.

- Co jest złego w twoim życiu? - zapytał, nie rozumiejąc.

- Ty zwiedzasz świat, ja siedzę całymi dniami w domu. Ciebie kochają miliony ludzi, ja mam tylko tatę i dwie przyjaciółki. Stać cię na sportowe samochody, drogie restauracje, wille z basenami, mnie z przepracowanym, chorowitym ojcem ledwo udaję się utrzymać maleńki, skromny domek, w którym przyszło nam zamieszkać. Ty masz wszystko, ja nie mam nic - porównałam, przenosząc smutny wzrok na biały jak śnieg sufit.

- Nie masz łatwo. Też kiedyś nie miałem. Jednak wolałbym żyć twoim życiem, przynajmniej miałbym dla kogo - uśmiechnął się sztucznie, kiedy wzrok przeniosłam na jego przygnębioną twarz.



*


A jednak ktoś czyta moje beznadziejne wypociny. Dziękuję bardzo za to, że nadal jesteście i mam nadzieję będziecie! ♥


Tagi: .
18.11.2012 o godz. 16:47

SŁODKO SIĘ RUMIENISZ - 3


(...) Niepewnie położyłam się na łóżku jak najdalej od niego. Okryłam się kołdrą, zamknęłam oczy i prawie zasypiałam, kiedy poczułam jego dłoń na swoim brzuchu. Nawet nie zwróciłam mu uwagi... po prostu zasnęłam.


Przebudziłam się, przetarłam oczy i zwykle pierwszą rzeczą jaką zrobiłabym zaraz po ich otwarciu byłoby sprawdzenie godziny, ale nie dzisiaj... Widok śpiącego obok chłopaka wtulonego do poduszki zaburzył mój tok prawidłowego myślenia. To wszystko było tak nieprawdopodobne! A jednak!
Długo zastanawiałam się czy go budzić. Stwierdziłam, że musi być zmęczony, więc dałam mu jeszcze chwilę pospać, a sama udałam się do łazienki aby odbyć swój codzienny, poranny rytuał. Wzięłam szybki prysznic, wysuszyłam dokładnie swoje ciało. Zmuszona byłam założyć na siebie wczorajsze ubrania (KLIK). Nie znosiłam tego, ale nie miałam innego wyjścia. Z kosmetyczki wyjęłam wszystkie potrzebne mi kosmetyki i zrobiłam lekki makijaż. Włosy rozczesałam, a to, że wyglądały o dziwo dobrze lekko pokręcone na końcówkach sprawiło, że uśmiech zawitał na mojej twarzy. Oszczędziło mi to na pewno zbędnego denerwowania się. Gotowa przejrzałam się jeszcze w dużym lustrze po czym opuściłam zaparowane pomieszczenie, kierując się w stronę łóżka, na którym królował Justin. Długo szukałam wolnego miejsca aby usiąść, bo rozwalił się na nim tak, że zajął prawie całe.
Szturchnęłam go lekko w ramię po czym odruchowo odgarnęłam kosmyk jego włosów opadający na czoło. Skarciłam się w myślach i szybko zabrałam rękę sprzed jego twarzy. Na jego twarzy pojawił się uśmiech, ale oczy wciąż miał zamknięte.

- Dzień dobry - powiedziałam półszeptem, wpatrując się w niego jak w obrazek.

- Dzień dobry - odpowiedział tym samym, otwierając wciąż zaspane oczy. Wyglądał przeuroczo.

Po wspólnym śniadaniu, które zjedliśmy w hotelowej restauracji udaliśmy się na obiecane zakupy. Upierałam się, żebym to ja płaciła. Miałam swoją kartę kredytową, więc nie było z tym problemu. Justin jednak musiał postawić na swoim i to on za wszystko płacił.
Prowadził mnie do najdroższych sklepów, w których cena jednej bluzki wynosiła moją miesięczną wypłatę, kiedy jeszcze dorabiałam sobie po szkole jako kelnerka w pobliskiej restauracji.

- Justin tutaj jest za drogo, chodźmy stąd - poprosiłam.

- Proszę nie patrz na ceny, bierz to co ci się spodoba - uśmiechnął się do mnie, a ja spuściłam wzrok.

Plątałam się pomiędzy wystawami ubrań. Chodziłam, bo chodziłam. Raz na jakiś czas wybrałam jakieś koszulki czy spodnie, ale odwieszałam je z powrotem. Za to Justin podchodził do mnie co chwilę, pokazując mi jakieś ubrania. Kiwałam głową na nie, nie chciałam z niego zdzierać kasy.

- Mała, co jest? - podszedł do mnie, chwytając w talii.

- Nic, wszystko okej - zapewniłam. Nachylił się, muskając przelotnie kącik moich ust. Uśmiechnęłam się.

- Zapomniałem! Obiecałem Caitlin, siostrze Beadlesa, kojarzysz? - kiedy mu przytaknęłam, kontynuował - Obiecałem jej, że przywiozę dla niej jakieś ciuchy z Londyńskich wystaw. Jesteście mniej więcej takich samych rozmiarów, pomożesz mi coś wybrać? Caitlin ma podobny styl do twojego - zmierzył mnie wzrokiem.

- Mogę pomóc - odpowiedziałam.

- No to chodź - pociągnął mnie na sam przód sklepu.

Zaczął wybierać masę ubrań, które ja miałam przymierzać. Prawie wszystkie pasowały. Zaczął przynosić sukienki, nie chciałam ich mierzyć, ale mu uległam. Nie czułam się zbyt dobrze w tego typu sukienkach, były krótkie i strasznie obcisłe, ale na szczęście miałam je na sobie tylko na chwilę.
Właśnie mierzyłam małą czarną, zapinaną z tyłu.

- Justin, wejdź na chwilę - poprosiłam, a ten otworzył drzwi i wszedł do środka.

- Zapniesz? - zapytałam, odwracając głowę w jego stronę.

- Jasne - odparł, chwytając za zamek, który podciągnął ku górze. Dłońmi oplótł moje biodra i przyciągnął mnie bliżej siebie, złączając nasze ciała. Musnął moją szyję, po chwili zrobił to ponownie, mruczałam cicho. Podobało mi się. Odchyliłam głowę, oddając się pocałunkom. Odwróciłam się do niego przodem, specjalnie ocierając się o jego ciało.

- Nie kuś - uśmiechnął się, wpijając w moje usta. Dłonie ułożył na moich policzkach po czym przywarł mnie do ściany przebieralni, nie odrywając się od moich ust, do których po chwili wsunął swój język, łaskocząc podniebienie. Wszystkie pocałunki odwzajemniałam z delikatnym uśmiechem na ustach. Dłonie Justina zjechały po moim ciele na moje pośladki, dopiero w tym momencie dotarło do mnie, że to wszystko rozgrywa się w przebieralni sklepu.

- Justiiin - przeciągnęłam, kładąc dłonie na jego klacie, odpychając go lekko od siebie. Odsunął się na krok, patrząc na mnie z szerokim uśmiechem.

- Co jest? - zapytał jakby nie potrafił wytężyć swojego umysłu i się domyśleć.

- Nie tutaj - odparłam lekko zawstydzona. Zrobiło mi się jeszcze cieplej.
Ponownie do mnie podszedł. Przesunął mnie w drugi kąt niewielkiej przebieralni.

- A tutaj? - zapytał błądząc dłońmi po moich plecach przy zapięciu mojej sukienki, której chciał się pozbyć. Zaczęłam się śmiać.

- Nie, nie tutaj - musnęłam jego polik i wygoniłam z pomieszczenia.

Jakoś uporałam się z zamkiem sukienki i ściągnięciem jej. Przebrałam się w swoje ciuchy, zabrałam wszystkie ubrania, które Justin naprzynosił do przebieralni i wyszłam z niej cała obładowana. Justin odciążył mnie, bo zabrał ode mnie większość ciuchów i kierował się z nimi do kasy. Kupił wszystko co przymierzałam. Caitlin na pewno będzie zadowolona. Zapłacił za wszystko kupę kasy, a kasjerka zapakowała wszystko w błękitne torby z logo drogiej marki ubrań.
Wychodząc ze sklepu, Justin przełożył wszystkie torby prawej ręki do lewej i wystawił w moją stronę prawą dłoń, niepewnie wyciągnęłam swoją dłoń i splotłam nasze palce. Uśmiechnęłam się delikatnie w jego stronę, ściskając mocniej jego dłoń.
Justin zadzwonił po swojego kierowcę, który podjechał po nas po zaledwie dziesięciu minutach. Zapakował wszystkie torby do bagażnika, a my usadowiliśmy się na tylnych siedzeniach czarnego range rovera.

- I jak tam zakupy? - zapytał Jack - kierowca JB, z którym mnie dosłownie przed chwilą poznał. Wydawał się być miły.

- Dobrze - odpowiedział Justin. - Ale będziemy musieli wstąpić jeszcze do kilku sklepów z butami - dodał.

- Co? - zapytałam, krzywiąc się.

- Zajmie nam to krótką chwilę - dopowiedział, ale już w moją stronę.

- Tak jak chwilę miały nam zająć zakupy w centrum - odparłam.

- Ja się świetnie bawiłem - oznajmił, poruszając zabawnie brwiami. Domyślałam się o co może mu chodzić... przebieralnia.

Klepnęłam go lekko w ramię, zawstydzona. Byłam pewna, że moje policzki przybrały odcień czerwieni w tej chwili. Potwierdził to Justin, szepcząc mi na ucho, że słodko się rumienię.
Ułożyłam głowę na jego ramieniu, zamykając oczy. Najchętniej poszłabym spać. Byłam zmęczona. Poczułam jego dłoń na kolanie. Uśmiechnęłam się w duchu, ale z drugiej strony bałam się. Bałam się cholernie tego, że za te kilka dni wyjedzie. Boję się, że jestem dla niego tylko kilkudniową panienką, która zrobi dla niego wszystko, a on mnie tak po prostu zostawi, a nasz kontakt się zerwie. W drodze myślałam nad tym dosyć długo. Przywiązałam się do tego chłopaka, a znamy się tak krótko. Jest wyjątkowy.

- Jesteśmy - powiadomił nas obojga Jack, kiedy szukał miejsca na parkingu.
Ucieszyłam się myśląc, że jesteśmy już przed hotelem, a ja zaraz położę się w wygodnym łóżku, a Morfeusz zabierze mnie do krainy, w której nie będę musiała myśleć o wyjeździe Justina do Kanady.
Kiedy wyjrzałam przez okno moja radość znikła, a ogarnęło moje ciało znudzenie. Przed nami mieściła się masa sklepów.

- Obiecuję, że to zajmie tylko chwilkę - powiedział Justin, widząc moją minę.

Nie odpowiedziałam. Kiedy Jack zaparkował jako pierwsza wyszłam z samochodu. Zaraz za mną Justin, który jeszcze w samochodzie naciągnął jeszcze bardziej na siebie kaptur cienkiej, ciemno szarej niemalże czarnej bluzy aby uniknąć rozszarpania jego osoby przez fanki. Objął mnie ramieniem i razem ruszyliśmy do galerii.


Aktualnie jedziemy do hotelu, nogi bolą mnie niesamowicie. Justin na szczęście liczy się z moim zdaniem i kiedy powiedziałam, że jedziemy do hotelu - posłuchał.
Udaliśmy się do samochodu. Cała droga minęła w kompletnej ciszy. Może dlatego, że prawie zasypiałam na jego ramieniu?
Na recepcji odebraliśmy kartę do naszego apartamentu, mieszczącego się na czwartym piętrze luksusowego hotelu. W windzie oparłam się o ścianę. Na nasze piętro dotarliśmy w kilkanaście sekund. W holu zastaliśmy Pattie, która poinformowała nas, że idziemy na obiadokolację. Nie byłam głodna tylko zmęczona. Podziękowałam.
- Mamo idźcie sami. My pójdziemy razem, ale to później - Pattie pomarudziła pod nosem i udała się w kierunku windy. My udaliśmy się zaś do apartamentu.



*


Dziękuję, dziękuję, dziękuję! Motywujecie niesamowicie. Oby tak dalej! Następny rozdział pojawi się dopiero wtedy, kiedy naprawią mi laptopa, a nie wiem ile to potrwa, więc proszę nie pytajcie o to.


Tagi: .
21.09.2012 o godz. 11:18
Believe-in-lovee
W pijaną noc, pijani My
Skąd: Polska
O mnie: Treści, które tutaj zamieszczam są jedynie wytworem mojej wyobraźni, niczym więcej. DON'T COPY!
statystyki